Białystok Online

Dom

Własne M4 czy długie L4?

2026.07.13 10:00
Własne M4 czy długie L4?
Fot: Katarzyna Kozioł

Kupno mieszkania to nie jest „spełnianie marzeń”. To jest powolne grillowanie na wolnym ogniu, podczas którego tracisz wiarę w ludzi, logikę i sens istnienia. Myślałam, że to proste: wybieram, podpisuję, bank przelewa kasę, ja wchodzę z kluczami. Słodka naiwności. Gdybym wiedziała, że to droga krzyżowa przez bagna absurdu, zastanowiłabym się ze trzy razy. Albo i siedem.

Szukanie mieszkania wygląda tak: pytasz znajomych, przeglądasz ogłoszenia, wchodzisz w grupy i liczysz, że trafisz na coś normalnego. Przynajmniej ja tak robiłam, rozpoczynając swoją drogę, aż na język się ciśnie, żeby dodać „krzyżową”.
Bo gdy zamierza się kupić mieszkanie – zaczynają się schody. Bynajmniej nie do nieba.

Nie interesował mnie rynek pierwotny, szukałam czegoś na wtórnym. Marzyły mi się co najmniej trzy pokoje i nie gruntowny remont. Po cichu liczyłam też, że uda się trafić na to „idealne” z ogłoszenia bezpośredniego. Ale sprawdzałam też oferty agencji pośrednictwa nieruchomości.

Ogłoszenia bezpośrednie

Po dodzwonieniu się do właściciela najpierw słyszałam pytanie:

A pani z agencji?

No bez kitu, każdy mnie o to pytał. Po ustaleniu, że nie, nie jestem z agencji, zaczynamy rozmowę o szczegółach. Właściciel albo jest milczący i czeka na pytania, albo w pieniach anielskich rozwodzi się nad zaletami sprzedawanego lokalu.
Na zdjęciach mieszkania najczęściej wyglądają trochę krzywo, ale to na plus, bo wiem, że foty nie są retuszowane. Na przykład widać, że do zrobienia na pewno jest łazienka, że nie ma podstawowego wyposażenia. Lub jest pełne umeblowanie.

Czy meble zostają?
Tak, tak, wszystko zostaje. Tylko lodówkę zabiorę i pralkę, i to duże łóżko z sypialni.

Noż kur… by to zapiał. To jak wszystko, jak nie wszystko?
Inny przykład.

W ogłoszeniu napisał pan, że mieszkanie jest do odświeżenia. Ale na zdjęciach wygląda mi na takie, co wymaga remontu.
Niee, remontu to nie, tylko łazienkę trzeba zrobić, okna wymienić i instalację zrobić.

Matko z córką, toż to zapowiada się na kapitalny remont…! To dlaczego w ogłoszeniu nie ma o tym ani słowa???

Albo – dzwonię. Ktoś odbiera. Pytam – tak, tak, wszystko aktualne, wszystko jak w ogłoszeniu, tylko ja nie mam czasu się teraz spotkać i pokazać mieszkanie. Zadzwoni pani po niedzieli.
To dzwonię po niedzieli.

A tak, pamiętam panią, ale to już nieaktualne. Ktoś już się zdecydował.

I perełka na koniec.
Umawiam się z właścicielem. On przyjeżdża, ja też. Wchodzimy i słyszę słowa, które powodują, że włos mi się jeży i dekiel podskakuje.

To ja pani pokażę połowę mieszkania.
Ale… jak to… połowę?
No korytarz, łazienkę i kuchnię.
A pokoje…???
Są zamknięte. Bo wie pani – ja je wynajmuję takim budowlańcom. I oni dopiero w weekend będą, a teraz pokoje są zamknięte.

No to nie można się było ze mną na weekend umówić...!?

Ogłoszenia dodane przez agencje

Agenci pośrednictwa nieruchomości są mili, przyjaźnie nastawieni i bardzo pomocni. Chętnie znajdują terminy.
Ale tak „na oko” mniej niż połowa z nich jest w stanie konkretnie odpowiedzieć na pytania.

Czy instalacja elektryczna jest nowa?
Wie pani, ja nie wiem, ale chyba tak, bo różnicówka jest nowa.

No w sumie racja, ale wolałabym odpowiedź bez wróżenia z fusów.

Ta podłoga strasznie skrzypi. Co tam jest pod panelami?
Chyba wylewka…
I beton, pana zdaniem, skrzypi???
No nie, to może tam parkiet jest…

Zgaduj, zgadula – w której ręce złota kula…

Umawiam się, zjawia się pan czy pani z agencji, wchodzimy do bloku i już na początku spotkania, nawet nie zdążę butów zdjąć, dostaję do podpisania umowę pośrednictwa. Ludzie, dalibyście choć obejrzeć i ocenić, czy w ogóle jestem zainteresowana…

Umowa przedwstępna

Wybrałam w końcu. Przez agencję, no trudno. Przynajmniej agentka miła, sympatyczna i bardzo pomocna.
Spotykamy się. Jest agentka, są Właściciele, no i ja.
Czytamy umowę, wszystko cacy.
Nie. Jednak nie cacy.
Pan Właściciel dochodzi do wniosku, że skoro jemu przyjdzie płacić karę za wycofanie się, to ja też muszę. A co.
W takim razie jeśli bank zmieni zdanie i powie, że nie mam zdolności, to on sobie zaliczkę zatrzymuje.
Pominę burzliwą dyskusję, podczas której pan aż się czerwony zrobił, choć machnęłam ręką i powiedziałam, żeby się udławił. No nie, tak nie powiedziałam, ale zgodziłam się na jego warunki, a on nadal wściekle perorował, jak to wszyscy wokół chcą go oszukać i dybią na jego kasę.

Notariusz

Podczas odczytywania aktu notarialnego pan mało nie dostał białej gorączki.

To ja nie dostanę pieniędzy od razu? To ja mam czekać? Proszę pani, ja sprzedaję mieszkanie i ja chcę moje pieniądze, a tu jakiś bank sobie rozporządza MOIMI pieniędzmi? Ja sobie wypraszam! To jest ZŁODZIEJSTWO!
Panie Właścicielu, ale przecież pan wiedział, że pani zakup będzie całkowicie finansowany przez bank, zresztą podczas umowy przedwstępnej pan nie protestował.
Ale ja nie wiedziałem. Ja dziś sprzedaję i ja dziś chcę! To są moje pieniądze, a pani – tu wskazał ręką na przestraszoną notariuszkę – powinna coś z tym zrobić! To już w komunie nie było takiego złodziejstwa! Pani ma zmienić to prawo...!
Panie Właścicielu, bo pan zawału dostanie...

Małżonka pana Właściciela siedzi ze spuszczoną głową. Wygląda, jakby chciała wyjść i już nie wrócić.

Ja nie dostanę zawału! Ja dostanę zaraz trzech, a wy będziecie mnie miały na sumieniu!

Notariuszka wstaje i wychodzi.
Nikt jej nie zatrzymuje.
Pan Właściciel nie zauważa, grzmi dalej, głosem tubalnym.
Że państwo złe, przepisy złe, ludzie to złodzieje i bank go chce okraść z JEGO pieniędzy...
Poczułam się jak w filmie Barei. Miałam ochotę wstać, trzasnąć drzwiami i zostawić ich tam samych. Pal sześć tę zaliczkę, pal sześć to mieszkanie, ale ja nie chcę mieć nic wspólnego z takim roszczeniowym pieniaczem...
Sama nie wiem, co mnie powstrzymało, chyba duma. Bo ja się nie wycofuję.
Do podpisania aktu doszło. Stałam się prawnym właścicielem M4.
Ledwo.

Ence pence, w której ręce, czyli wyliczanka ukrytych kosztów

Myślałam, że najtrudniej będzie dostać kredyt. Pomyliłam się. Najtrudniejsze są rzeczy, o których nikt nie mówi.

Ściana pierwsza: koszty.

Rzeczoznawca – bank potrzebuje, ja płacę.
Opłata gwarancyjna – bank potrzebuje, ja płacę.
Wpis do księgi wieczystej – oczywiście płatny.
Notariusz – też ja. Dlaczego nie po połowie?
Prowizja dla pośrednika – nawet nie pytam.

Ściana druga: papier.

Bank chce zaświadczenie, że spłaciłam pożyczkę, którą kiedyś miałam.
Spłaciłam.
Ale żeby to udowodnić, muszę zapłacić za papier.
Najpierw opłata, potem czekanie. Do 30 dni.
Mam wrażenie, że ktoś to jeszcze wykuwa w kamieniu.

Ściana trzecia: warunki.

Konto w banku – obowiązkowe.
Ubezpieczenie na życie – płatne z góry.
Ubezpieczenie mieszkania – jedyne, które ma sens. Ale też płatne z góry.
Sumuję to wszystko i naprawdę próbuję zrozumieć: czy ktoś zauważył, że biorę kredyt, bo nie mam pieniędzy? Czy w tym systemie działa to tak, że jak dostajesz zgodę, to magicznie masz więcej na koncie?
A przede mną jeszcze remont. Który też jest jednym z warunków banku...

Uruchomienie kredytu

W końcu! Udaje mi się przebrnąć przez te wszystkie kłody, choć czuję się wymęczona jak koń po biegu z przeszkodami.
Przychodzi SMS: uruchomiliśmy kredyt.
Ale jakoś nie mam nastroju do świętowania.
Nerwy mi zszargało to wszystko tak, że tylko nędzne resztki mi ich pozostały.
Kto chce kupić mieszkanie, ten w cyrku się nie śmieje. Szczególnie, jeśli chce to zrobić na kredyt.

Nic, niestety, nie zostało zmyślone.

Katarzyna Kozioł

Katarzyna Kozioł

24@bialystokonline.pl

Przeczytaj także
Popularne dzisiaj

Masz ciekawy temat?

Wiesz, że zdarzyło się coś interesującego w Białymstoku lub okolicy? Chcesz abyśmy o czymś napisali?

Napisz do nas