Białystok Online

Kultura i Rozrywka

Król każe wybierać, czyli co z tą kurą

2026.01.15 18:49
Król każe wybierać, czyli co z tą kurą
Fot: Materiały prasowe Białostockiego Teatru Lalek. Spektakl "Król Zofius i Cudowna Kura" w Białostockim Teatrze Lalek

Gdy wokół was któregoś dnia zaczną znikać przedmioty - oznaczać to może wiele. Choćby to, że obraziły się i wyprowadziły w proteście przeciw samolubstwu właściciela. Co wtedy? Pomóc może pewna kompania, a także rozmowa w szafie, choć czy po niej właściciel znikających przedmiotów rzeczywiście pojmie, co czynił nie tak? Na to gwarancji brak.

Opisany wyżej przypadek to casus niejakiego króla Zofiusa, którego historię (oraz jego wnuczki i poddanych, a także poniekąd nas samych, niekiedy zbyt samolubnych) opowiada w najnowszej premierze Białostocki Teatr Lalek. Surrealistyczny spektakl w reżyserii Jacka Malinowskiego - świetnie zagrany i zainscenizowany (choć jednocześnie też obarczony pewnym zasadniczym mankamentem) - jest adaptacją baśni Tankreda Dorsta „Król Zofius i Cudowna Kura” (w przekładzie Jacka St. Burasa). To historia bardzo baśniowa, w rzeczywistości jednak też bardzo ludzka - pod bajkowym kostiumem kryje się opowieść o ludzkich relacjach, egoizmie, braku otwartości i lekceważącym traktowaniu wszystkiego wokół.


Tron znika

A baśń, w największym skrócie, brzmi tak: za górami, za lasami, w pewnym zamku mieszka król. Niezwykle skupiony na sobie, rzec by można - król mocno egocentryczny, ale jeszcze do zniesienia. Pewnego dnia jednak bańka względnego spokoju pryska - oto na zamek swoją ulubienicę - kurę Belindę - sprowadza Rozalinda, wnuczka Zofiusa. A ten jej gdakania nie może znieść - do tego stopnia, że w końcu rzuca kategorycznie: albo kura, albo ja. Co oznacza, że kura ma zniknąć. W ślad za wyrzuconą Belindą zamek opuszcza Rozalinda - obrażona, zasmucona, ale wierna zasadom przyjaźni. Rozdarta między królem a kurą, wybiera kurę. Obie trafiają pod most, gdzie już mieszka pokątnie dwóch osobników… Tymczasem na pustoszejącym zamku król udaje, że nic nadzwyczajnego się nie stało.
Ale jednak się stało, skoro dwór cichcem zaczynają opuszczać nawet jego ulubione, lecz obrażone na zachowanie króla, sprzęty. Z tronem na czele - a to już wyraźny sygnał, że problem faktycznie jest.
I cóż dalej? Dalej ktoś kurę będzie chciał zjeść, ktoś mocno szemrany okaże się całkiem niezłym kompanem, ktoś wreszcie też sprawi, że Rozalinda spróbuje do zamku wrócić, by króla przekonać, że przecież rodzina rozpaść się nie powinna. Do tego potrzebna jest jednak dyplomacja (z jednej strony) i redukcja wielkopańskich gestów (z drugiej). Czy jednak można w ogóle połączyć skrajne interesy obu stron? I czy w związku z tym misja się uda?

Pewna luka

Ostatecznie sprawa okaże się dużo bardziej skomplikowana. Finał tej historii, a w związku z nim oczekiwana przemiana którejś ze stron (a może obu?) - nie okaże się zbyt wiarygodny. I w tym tkwi cały też ambaras i fabularny mankament opowieści: trudno orzec, kto tak naprawdę jest potencjalnym adresatem tej słodko-gorzkiej bajki. Jeśli są nim młodsze, kilkuletnie dzieci - finał baśni, z założenia edukacyjnej, może nie spełnić swojej misji: przemiana samoluba w człowieka z otwartą głową, nie wydaje się być do końca autentyczna, co raczej skalkulowana. Bo czy nasz egoista faktycznie się zmienia? Czy raczej - po pobycie w pewnej szafie - zmienia front, bo nagle stwierdza, że to, co go wcześniej denerwowało, może mu się jednak przydać? Słowem: przyda mu się potakiwacz, łechcący jego próżność? I czy w związku z tym widz może - jak przystało na baśń dla dzieci - liczyć tu na jakiś morał, podany w jasnym przekazie?
A może też nie ma o co kruszyć kopii, a tym bardziej o odbiorców, bo - być może - ci najmłodsi okażą się mądrzejsi, niż nam się wydaje, i wyciągną ze spektaklu dużo więcej? Może.


Różne odcienie kompromisu

Problem z niejednoznacznością adresata i przesłania spektaklu jednak znika, gdy uznamy, że baśń skierowana jest do starszych dzieci, młodzieży i dorosłych - szczególnie ci ostatni już raczej wiedzą przecież, że życie bywa dużo bardziej skomplikowane. Że kompromis miewa różne odcienie i że w codziennych realiach, zamiast autentycznej wewnętrznej przemiany człowieka, z którym próbujemy się spotkać w pół drogi, odnajdziemy czasem nie tyle otwartość i szacunek dla drugiego, co po prostu zestaw wypracowanych zachowań i gestów. Jeśli jednak działa - cóż, dobre i to.
Choć więc pozornie to bajka dla dzieci, widzowie starsi też znajdą tu coś dla siebie: zestaw ciekawych rozwiązań inscenizacyjnych i scenograficznych, dużo humoru i dobrej muzyki (Marcin Nagnajewicz), ciekawych aktorskich kreacji. Wartością przedstawienia jest klimat łagodnego absurdu - zarówno na poziomie tekstu i inscenizacji, jak i aktorskich kreacji - co sprawia, że w tej surrealistycznej piance, która spowija spektakl, znikają gdzieś dłużyzny czy fabularne luki.


Kura niespospolita

Spektakl jest świetnie zagrany - w lalkowym i żywym planie - a na finalny efekt składa się tu wszystko: słowo, mimika, gest, ale też ciekawa scenografia i kostiumy (Martyna Dworakowska), podkreślające charakter każdej z postaci, choreografia (Karolina Garbacik), inscenizacyjne sztuczki i rozmaite formy lalkowe. Aktorzy zresztą - za sprawą kostiumów - sami przypominają wielkie lalki.
Show często kradnie innym tytułowa Kura - w tej roli świetna Sylwia Janowicz-Dobrowolska - kura jak żywa, niepospolita i przezabawna, która nic więcej - poza „Ta, taaa tak” - nie powie, ale za to jak powie! To prawdziwy koncert emocji, fuknięć, rozciągniętych sylab i dźwięków, w których zmieści się: i gniew, i radość, zdumienie i niedowierzanie - i wszystko inne też: pełna paleta na zawołanie. A gdy wesprze to jeszcze kostium i mowa ciała (te rozstawione nogi, te ręce zaciśnięte na torebeczce, te oczy strzelające na boki!) to mamy istną mistrzynię gatunku - od tej pory wszystkie kury świata mają fizys kury ze sceny BTL.


Rozdwojenie, czyli dwóch na jednego

Świetnym inscenizacyjnym pomysłem (i prawdziwym popisem znakomitych animacyjnych umiejętności Jacka Dojlidki) okazało się oddanie dwóch bohaterów spektaklu jednemu aktorowi: Dojlidko w jednej chwili wciela się i w Timo, i w Tomo: dwóch wyrzutków spod mostu, wałęsających się i kombinujących, co by tu jeszcze zdziałać. To dwie zupełnie odmienne charakterologicznie postaci, pozostające w nieustannym sporze, mające inny temperament, inny zasób słownictwa, ba, inny akcent nawet! (posłuchajcie tylko, jak jeden z nich mówi: „Belynda”, w słowie tym mieszcząc wszystkich rasowych cwaniaczków wszelkich szemranych dzielnic całego świata). Jednemu z tych osobników Dojlidko oddaje swoją twarz i postać, drugiego odgrywa plastyczną lalką ze specjalnej pianki, która zdaje się wyrastać mu z tułowia. I po wielekroć zagarniać wręcz swego animatora. Świetne są sceny, gdy Timo i Tomo walczą ze sobą, a ten z większym temperamentem (lalka) zaczyna przejmować władzę nad drugim (aktorem w żywym planie).


Ściemniacz pociąga za sznurki

Szaleńczy temperament i energia scen z Timo i Tomo kontrastują ze scenami, w których pojawia się król Zofius, odziany w paputki i pikowany złoty szlafrok (idealny w tej roli Adam Zieleniecki). Wielkopańskie gesty, powolne ruchy, przemądrzałe (ale i zabawne) oracje, wygłoszone napuszonym tonem - o, to już zupełnie inna dynamika, inny świat, jakby wzięty w cudzysłów. Swoją energią ów powolny świat zbija niczym żywe srebro postać grana przez Mateusza Smacznego. Jego bohater to ciekawy osobnik: po trosze narrator, po trosze sługa, czasem błazen i koryfeusz, który siebie nazwie raz Ściemniaczem, a raz Opowiadaczem. A może to demiurg całej tej historii, bo to on zdaje się tu pociągać za fabularne sznurki, popychać akcję do przodu lub ją zatrzymywać, sugerować to i owo bohaterom, a czasem, faktycznie, po prostu ściemniać. Tu coś szepnie, tam podpowie, tu wda się w absurdalną dyskusję (choćby o znikającej chusteczce), tam rozmontuje scenografię (bo przecież znikające przedmioty należy wprawić w ruch). A wszystko to z udziałem różnych środków wyrazu, masek, wdzianek symbolicznie podzielonych kolorem na pół, a nawet kurtyny, która, gdy trzeba zamienia się w lalkę.


Rozalinda ma potencjał

I wreszcie Rozalinda, wiotka i milcząca wnuczka Zofiusa, troszkę roztrzepana, troszkę zalękniona. Niech no tylko jednak zacznie działać, gdy poczuje się pewniej i gdy wreszcie ma jakiś plan (mniejsza, że podpowiedziany). Z przestraszonego dziewczątka zamienia się wtedy w… By nie odbierać widzom przyjemności z niespodzianki, na tym poprzestaniemy. Tak czy inaczej - Rozalinda w ciekawym wykonaniu Urszuli Chrzanowskiej to postać wyjątkowo charakterystyczna i niejednoznaczna, mająca w sobie coś z dziecka, ale i mrocznej, chmurnej kobiety. Jest w Rozalindzie - bohaterce - spory potencjał. Ciekawie byłoby zobaczyć, jak jej się wiedzie w życiu za kilka lat.
A tymczasem - warto zobaczyć, jak Rozalinda (i jej barwne towarzystwo) - radzi sobie teraz.

Białostocki Teatr Lalek: „Król Zofius i Cudowna Kura”, premiera - grudzień 2025

Monika Żmijewska

Monika Żmijewska

24@bialystokonline.pl

Popularne dzisiaj

Masz ciekawy temat?

Wiesz, że zdarzyło się coś interesującego w Białymstoku lub okolicy? Chcesz abyśmy o czymś napisali?

Napisz do nas