Białystok Online

Kultura i Rozrywka

Michał Sawicki: Skoki, strach i Rumcajsowe Boogie

2026.09.10 10:00
Michał Sawicki: Skoki, strach i Rumcajsowe Boogie
Fot: Katarzyna Kozioł

Dwa dni skakania, klasyczne samoloty, balon, możliwe skoki ze śmigłowca i do wody, a przede wszystkim pomoc dla kolegi, który po poważnym wypadku walczy o powrót do normalnego funkcjonowania. 12 i 13 września na lotnisku Białystok-Krywlany odbędzie się trzecia odsłona Rumcajsowego Retro Boogie.

Nazwa imprezy pochodzi od pseudonimu Przemka „Rumcajsa” Kowalskiego, lokalnego skoczka i kamerzysty spadochronowego. W sierpniu 2024 roku podczas lądowania doznał poważnego wypadku. Dziś środowisko spadochronowe po raz kolejny chce wesprzeć go finansowo, robiąc to najlepiej, jak potrafi, czyli organizując wspólne skakanie.

W tym roku uczestnicy będą mogli skakać z trzech samolotów, w tym z klasycznego PZL-101 Gawron i Antonowa An-2, a także z Cessny 207. Planowane są również skoki z balonu, a jeśli pozwolą na to warunki, także do wody w Dojlidach. Dla osób, które nie mają doświadczenia, będzie to przede wszystkim okazja do zobaczenia spadochroniarzy z bliska, rozmowy z instruktorami i poznania tego sportu od środka.

O tym, jak wygląda skok, co dzieje się, kiedy główny spadochron odmówi współpracy, dlaczego niektórzy spadochroniarze boją się wysokości, ile kosztuje rozpoczęcie przygody z tym sportem i czy naprawdę można skoczyć z balonu, rozmawiam z Michałem Sawickim, doświadczonym spadochroniarzem i pasjonatem tego sportu.

Katarzyna Kozioł: Zacznijmy od Rumcajsowego Boogie. Skąd w ogóle pomysł na imprezę, podczas której skaczecie dla swojego kolegi?

Michał Sawicki: To idea, która przyświeca nam właściwie od momentu, kiedy doszło do tego zdarzenia. W 2024 roku, na początku sierpnia, jeden z naszych kolegów, członek naszej sekcji, lokalny kamerzysta spadochronowy, podczas wyjazdu uległ poważnemu wypadkowi przy lądowaniu. Skończyło się to długotrwałą hospitalizacją i walką o życie.
Dzisiaj Przemek nadal walczy o powrót do normalnego funkcjonowania. My jako środowisko zrobiliśmy to, co umiemy najlepiej. Zorganizowaliśmy imprezę, skakaliśmy ze spadochronami, dobrze się przy tym bawiliśmy, a jednocześnie nagłaśnialiśmy potrzebę finansowego wsparcia Przemka.
W tym roku organizujemy już trzecią odsłonę. 12 i 13 września na lotnisku w Białymstoku przez dwa dni będziemy skakać, dobrze się bawić i w ten sposób wspierać naszego kolegę w powrocie do normalnego funkcjonowania.

Katarzyna Kozioł: To nie będą jednak zwykłe skoki z samolotu.

Michał Sawicki: Zdecydowanie nie. Kolejny już raz na tę okazje wyprowadzimy z hangaru trzy samoloty. Dwa z nich to właściwie klasyki awiacji. Pierwszy to PZL-101 Gawron, czyli konstrukcja polskiej produkcji. Drugim będzie Antonov An-2, dwupłatowiec radzieckiej konstrukcji.
Do tego mamy Cessnę 207, która jest na co dzień wykorzystywana przez nasz aeroklub. Będziemy też organizowali skoki z balonu.
Jedna z firm, która postanowiła wesprzeć nasze przedsięwzięcie, udostępni uczestnikom swój prywatny śmigłowiec. Będzie to dodatkowa atrakcja, która ma też pomóc zwiększyć zasięg całej akcji i możliwości wsparcia Przemka.

Katarzyna Kozioł: W planach są też skoki do wody?

Michał Sawicki: Tak. Chcielibyśmy, jeżeli pozwoli na to pogoda, zrobić skoki do wody w Dojlidach. To najbliższy taki akwen od lotniska. Jeżeli warunki będą odpowiednie, będzie to z pewnością bardzo widowiskowy element całej imprezy.

Katarzyna Kozioł: O której zaczynacie?

Michał Sawicki: W spadochroniarstwie z planowaniem godzin jest zawsze trochę ślisko, bo podajemy przede wszystkim orientacyjny harmonogram. Ostatecznie wszystko zależy od pogody i względów operacyjnych.
Wstępnie w sobotę planujemy skok z balonu około godziny 6 rano, oczywiście jeżeli warunki pogodowe pozwolą balonowi wystartować. Później, około godziny 9–10, chcemy rozpocząć skoki z samolotów na lotnisku w Białymstoku i skakać właściwie do zachodu słońca.
W niedzielę podobnie. Zaczynamy rano, około 9–10, i działamy tak długo, jak pozwolą nam warunki i chęci skoczków.

Katarzyna Kozioł: Przyznam, że zanim zaczęłam przygotowywać się do tej rozmowy, nie wiedziałam nawet, że można skakać ze spadochronem z balonu. Skąd takie pomysły?

Michał Sawicki: W pewnym momencie skoki z samolotu zaczynają trochę powszednieć. Trzeba je sobie urozmaicać.
Balon jest bardzo wdzięcznym statkiem powietrznym, bo pozwala zupełnie inaczej doświadczać powietrza. Wznosi się znacznie wolniej, nie ma silnika, nie ma tego hałasu. Cały czas jesteśmy w powietrzu, w którym za chwilę znajdziemy się już ze spadochronem na plecach.
To zupełnie inne doświadczenie niż wyskoczenie z rozpędzonego samolotu, zbicie piątek z kolegami i ruszenie w dół. W balonie mamy czas na podziwianie widoków, odczuwamy stopniowy spadek temperatury wraz ze wzrostem wysokości, a potem po wyskoku pojawia się niesamowita cisza. Tego samolot nie oferuje.


spadochroniarz

Katarzyna Kozioł: Ale nie każdy spadochroniarz może sobie po prostu powiedzieć: „Dzisiaj skaczę z balonu”.

Michał Sawicki: Nie. To nie jest atrakcja dostępna dla każdego. Po pierwsze, trzeba być samodzielnym skoczkiem i mieć odpowiednią licencję. Uczniów nie możemy zabierać na tego typu skoki.
Po drugie, wymagamy odpowiedniego poziomu doświadczenia, wyższego niż samo zdobycie uprawnień do samodzielnego skakania.
Dochodzi jeszcze kwestia lądowania. Skok z balonu często kończy się tak zwanym lądowaniem w terenie przygodnym. Nie musi to być lotnisko. Możemy wylądować na polu, łące czy pastwisku, czyli w miejscu, które nie zostało specjalnie przygotowane do przyjmowania spadochroniarzy.

Katarzyna Kozioł: No właśnie. Czym właściwie różni się skok z balonu od skoku z samolotu?

Michał Sawicki: Przede wszystkim sam lot na wysokość skoku samolotem trwa krócej. Moc silnika robi swoje. Jesteśmy też trochę mniej zależni od wiatru. Oczywiście jeżeli wiatr jest już na tyle silny, że stanowi zagrożenie, również z samolotu nie będziemy skakać.
Samolot wznosi się szybko i jest głośny, bo cały czas słyszymy pracę silnika. Kiedy wyskakujemy, samolot nadal porusza się do przodu. Od razu trafiamy więc w tak zwane strugi relatywne, czyli powietrze wytworzone przez ruch samolotu. To powietrze ma od razu nadaną prędkość i od razu stawia opór. Dzięki temu możemy ułożyć ciało w odpowiedniej pozycji i rozpocząć pracę w powietrzu.
Z balonu jest zupełnie inaczej. Wznoszenie trwa dłużej, jesteśmy cały czas wystawieni na działanie otoczenia. Czujemy temperaturę, wiatr, wilgotność. Nad głową mamy palnik, więc czasami czujemy ciepło, ale poza tym jest niezwykle cicho.
I dochodzimy do najciekawszej różnicy. Wyskakując z balonu, przez pierwsze chwile nie mamy tych strug relatywnych. Powietrze względem nas praktycznie się nie porusza, więc początkowo jesteśmy bezwładni. Możemy machać rękami i próbować się ustawić, ale przez pierwsze kilka sekund nie mamy takiej kontroli nad sylwetką jak po wyjściu z samolotu.
Za to cisza zaczyna się zmieniać. W miarę jak ciało przyspiesza, pojawia się coraz głośniejszy szum powietrza.

Katarzyna Kozioł: A potem trzeba jeszcze znaleźć miejsce do lądowania.

Michał Sawicki: Tak. Z balonu lądujemy tam, gdzie wyniesie nas wiatr, więc szukamy bezpiecznego miejsca. Łąki, pola, teren, który pozwoli nam bezpiecznie przyziemić.
Z samolotu możemy znacznie precyzyjniej znaleźć się nad zaplanowanym punktem wyrzutu. Dzięki temu później wracamy na lotnisko, mamy mniej problemów ze zbieraniem kolegów po okolicznych miejscowościach.
Jest jeszcze jedna różnica. Z balonu nie możemy wszyscy wyskoczyć naraz. Skoczkowie muszą wychodzić w odpowiednich grupach, żeby balon nie stracił nagle zbyt dużego obciążenia. Gdyby zrobił się gwałtownie lżejszy, mogłoby to być niekomfortowe, a nawet niebezpieczne dla pilota. W samolocie ubytek masy kilku osób można łatwiej skompensować mocą silnika.

Katarzyna Kozioł: Na jakiej wysokości będziecie skakać z balonu?

Michał Sawicki: Zakładamy wysokość powyżej 3000 metrów. Oczywiście zobaczymy, ile uda nam się osiągnąć w konkretnych warunkach. Samolotem lecimy standardowo na około 4000 metrów.

Katarzyna Kozioł: Czyli osoby, które przyjdą na lotnisko, też mogą w jakiś sposób uczestniczyć w imprezie?

Michał Sawicki: Jak najbardziej. Jeżeli chodzi o sam udział w skokach, mogą w nim uczestniczyć osoby mające odpowiednie uprawnienia i doświadczenie, a także skoczkowie będący w trakcie szkolenia, jeżeli spełniają wymagania i zostaną objęci odpowiednim nadzorem instruktorskim.
Natomiast osoby, które nie są skoczkami, mogą przyjść popatrzeć, porozmawiać ze skoczkami i instruktorami. Może ktoś zdecyduje się na skok tandemowy, a może ktoś postanowi rozpocząć szkolenie i zostać samodzielnym skoczkiem.
Nie każdy będzie mógł oczywiście w pełni wykorzystać możliwości tego wydarzenia, jeśli wcześniej nie miał kontaktu ze spadochroniarstwem. Ale na pewno można przyjść, popatrzeć, pogadać i zadać sobie pytanie: „Dlaczego jeszcze nie skakałem?”. A później ten stan rzeczy zmienić.

Katarzyna Kozioł: W jaki sposób będziecie zbierać pieniądze dla Przemka? Będzie jakaś licytacja, puszka?

Michał Sawicki: Nie. Informujemy przede wszystkim o możliwości wsparcia internetowej zbiórki założonej na potrzeby Przemka.
Żyjemy w XXI wieku. Większości osób zdecydowanie łatwiej zrobić BLIK, przelew czy zapłacić przez Apple Pay niż szukać gotówki. Zbiórki gotówkowe są też bardziej obwarowane formalnie.
Nam zależy przede wszystkim na skutecznej pomocy, a nie na grzęźnięciu w biurokracji. Jeżeli ktoś może zrobić BLIK i w ten sposób wesprzeć zbiórkę, będzie to dla nas najwygodniejsze. Co ważne, środki trafiają bezpośrednio do beneficjenta.

Katarzyna Kozioł: Macie określony cel finansowy?

Michał Sawicki: Pierwotnie zakładaliśmy około 200 tysięcy złotych. Dzięki poprzednim odsłonom udało się ten cel częściowo zrealizować. Zobaczymy, gdzie doprowadzi nas tegoroczna akcja.

Katarzyna Kozioł: Kto organizuje Rumcajsowe Boogie?

Michał Sawicki: Organizujemy je jako Skydive Białystok, czyli nasza białostocka strefa spadochronowa, a także Stowarzyszenie Uskrzydleni. To grupa, która stawia sobie za cel promowanie różnego rodzaju aktywności związanych z lotnictwem. Wywodzimy się również ze środowiska aeroklubowego, choć działamy niezależnie.
Współorganizatorem jest także Związek Polskich Spadochroniarzy, 6. oddział w Białymstoku. To grupa weteranów spadochroniarstwa. Są wśród nich ludzie, którzy pamiętają jeszcze czasy okrągłych spadochronów i okres, kiedy spadochroniarstwo było dofinansowywane z budżetu państwa.
Część z nich nadal skacze, część już dawno tego nie robi, ale wszyscy nadal są związani z tym sportem. Mają też ogromne doświadczenie i świetnych sędziów. To właśnie oni będą odpowiadać za organizację zawodów celnościowych.

Katarzyna Kozioł: Na czym polegają takie zawody?

Michał Sawicki: W największym skrócie chodzi o to, żeby wylądować jak najbliżej środka wyznaczonego celu.
Cel może mieć średnicę około 20–40 metrów, w zależności od kategorii i poziomu doświadczenia. Mierzymy odległość od środka okręgu do punktu, w którym skoczek po raz pierwszy dotknął ziemi. Im mniejsza odległość, tym lepszy wynik.
Mamy dwie kolejki. Najlepsi trafiają na podium i otrzymują nagrody.

Katarzyna Kozioł: To chyba nie jest takie proste, jak mogłoby się wydawać.

Michał Sawicki: Zależy od tego, jak mały jest cel. Studentowi nie będziemy przecież kazali trafić w coś wielkości zakrętki od butelki.
W przypadku bardzo doświadczonych skoczków, którzy latają na typowo celnościowych spadochronach, cel może rzeczywiście być wielkości zakrętki, a błędy liczy się w centymetrach. Jeden czy dwa centymetry obok to może być świetny wynik.
To są już naprawdę bardzo precyzyjni fachowcy. Mają specjalne konstrukcje spadochronów, które pozwalają wykonywać takie manewry.
Na szybkich spadochronach, na których będą odbywały się nasze zawody, cel będzie raczej wielkości talerza albo małej pizzy. Trafienie w odległości metra czy półtora od celu może być bardzo dobrym wynikiem.
Trzeba znać swój spadochron, swój sprzęt, odpowiednio uwzględnić wiatr i zbudować właściwą trajektorię. Jak w każdym sporcie: praktyka, praktyka, praktyka.

Katarzyna Kozioł: Wspomniałeś o partnerach. Kto jeszcze wspiera imprezę?

Michał Sawicki: W tym roku wspiera nas między innymi Brooklyn Pizza z ul. Żeromskiego na Nowym Mieście, studio tatuażu Inktober, producent suplementów Slavic Labs oraz firma ZPK Rupińscy i Natrix. To właśnie partner związany ze śmigłowcem. To impreza towarzysząca, ale przygotowana z dobrego serca. Chcą nas wesprzeć zarówno zasięgiem, jak i możliwościami, które mają.
Mamy również Tent Grupęt, która od wielu lat pomaga nam przy materiałach reklamowych, banerach i podobnych rzeczach. Jest też kilku mniejszych partnerów, którzy od lat dokładają swoją cegiełkę do rozwoju tego przedsięwzięcia.

Katarzyna Kozioł: Wróćmy jeszcze do skoków z balonu i do wody. Jak trudne jest lądowanie w wodzie?

Michał Sawicki: Sam skok do wody ma swoje dodatkowe utrudnienia - jak chociażby to, że na niej nie staniemy po ładowaniu, tylko zanurzymy się w niej. Tak samo spadochron na szybko nabierze wody i stanie się ciężki i trudniejszy do wyciągnięcia. Ponadto na lądowanie w wodzie należy się odpowiednio przygotować, by nie zaplątać się w linki po lądowaniu.
Dodatkowym czynnikiem, który nieco utrudnia sprawę jest to, że woda odbija światło pod różnymi katami i ocena odległości do jej powierzchni jest dla ludzkiego oka trudna. Ze względu na kumulację różnych czynników, skoki do wody mogą wykonywać tylko skoczkowie z odpowiednim doświadczeniem i w naszym przypadku jest to minimum 200 skoków.

Oczywiście całość i tak będzie poprzedzona briefiengiem, aby odpowiednio omówić ryzyka i przygotować uczestników na ten nietypowy skok.

Katarzyna Kozioł: Czy są jakieś medyczne przeciwwskazania do skakania?

Michał Sawicki: Problemy zdrowotne mogą być jednym z pierwszych filtrów. Chociażby kwestie związane z sercem czy ciśnieniem. To jednak nie zawsze automatycznie oznacza, że ktoś nie może uprawiać tego sportu.
Jeżeli ktoś ma wątpliwości, rekomendowałbym konsultację w zakresie medycyny lotniczej. Obecnie bazujemy na oświadczeniu skoczka o stanie zdrowia, ale zdrowy rozsądek podpowiada, żeby zadbać o własne bezpieczeństwo.
Skok to sporo stresu, emocji i obciążenia. Warto więc wiedzieć, że organizm jest na to przygotowany.

Katarzyna Kozioł: Czyli zdrowie fizyczne to jedno, ale równie ważna jest głowa?

Michał Sawicki: Moim zdaniem psychika jest nawet ważniejsza. Chodzi o zdolność działania pod presją czasu i wysokiego stresu.
Biologicznie nie jesteśmy stworzeni do tego, żeby dobrowolnie znaleźć się bez kontaktu z podłożem i jeszcze przez jakiś czas w takim stanie pozostawać. Mamy naturalny lęk przed spadaniem.
Trzeba więc przełamać pewną biologiczną barierę, ale też własną głowę. Odważyć się zrobić coś zupełnie nowego.
A warto, bo po pierwszym samodzielnym skoku, kiedy otworzy się nad tobą spadochron, pojawia się taki wyrzut endorfin, że pochłonięcie całego kontenera czekolady nie zrobi nawet połowy tej roboty.

Katarzyna Kozioł: Zwłaszcza dla zębów.

Michał Sawicki: Zdecydowanie. Szczególnie dla zębów.

Katarzyna Kozioł: Spadochroniarze rzeczywiście często boją się wysokości? Bo wydawałoby się, że to absolutnie wykluczające.

Michał Sawicki: Paradoksalnie wielu spadochroniarzy ma lęk wysokości.

Katarzyna Kozioł: Wielu?

Michał Sawicki: Tak. Opowiem anegdotę.
Byliśmy kilka lat temu na Litwie, w Birštonas. Jest tam wieża widokowa, około 40 metrów wysokości, a wchodzi się na nią po schodach wykonanych z kratownic. Szliśmy z kolegą i w pewnym momencie mówię: „Stary, zobacz, widać ludzi, którzy wchodzą do budynku”.
On nagle się przestraszył, aż pisnął i złapał się barierki.
Patrzę na niego: „Stary, co się dzieje?”.
A on mówi: „Mam lęk wysokości”.
I moje styki w głowie przestały działać, bo ten człowiek miał ponad 900 skoków spadochronowych. Skakał jako kamerzysta, filmował ludzi wykonujących pierwsze skoki tandemowe. Ma ponad 900 skoków i spanikował na wysokości około 20 metrów, podczas gdy lata na 4000 metrów i wykonuje zaawansowane, agresywne manewry podczas lądowania.
Ludzka psychika potrafi zrobić naprawdę dobrego psikusa.

Katarzyna Kozioł: Czyli czym innym jest stanie na wieży, a czym innym skok z czterech kilometrów?

Michał Sawicki: Zupełnie czym innym. To zupełnie inna percepcja wysokości.
Co innego stanąć na drabinie i dostać zawrotu głowy, a co innego wychylić głowę z samolotu na czterech kilometrach i zobaczyć... mapy Google.

Katarzyna Kozioł: Z szybszym zoomem?

Michał Sawicki: Właśnie. Google Maps, tylko zoom jest trochę szybszy i wentylator lepiej pracuje podczas tego procesu.
To jest naprawdę trudne do porównania. Kiedyś próbowałem opowiadać komuś słowami, jak wygląda skok i co się wtedy czuje. Dopiero kiedy moja znajoma sama skoczyła, podeszła do mnie i powiedziała: „Dobra, teraz dopiero rozumiem, o czym mówiłeś”.


spadochroniarz

Katarzyna Kozioł: Przy okazji obaliliśmy chyba kolejny mit. Spadochroniarstwo nie jest sportem wyłącznie dla mężczyzn.

Michał Sawicki: Zdecydowanie nie. To sport dla każdego.
Kobiet jest statystycznie mniej, ale jest ich całkiem sporo. Organizowane są nawet wydarzenia skierowane wyłącznie do kobiet. Tego lata pod Poznaniem spotkało się ponad 20 spadochroniarek.
Nie widzę żadnego powodu, żeby traktować spadochroniarstwo jako sport męski. To kwestia indywidualnych predyspozycji, sprawności, kondycji i psychiki. Żadne z tych elementów nie jest zarezerwowane dla jednej płci.
Na naszym lotnisku również mamy spadochroniarki. Jedna z naszych członkiń była nawet w narodowej reprezentacji Polski w skokach spadochronowych.

Katarzyna Kozioł: Jak właściwie wygląda standardowy skok? Ile czasu człowiek spada?

Michał Sawicki: To zależy od rodzaju skoku, ale przy standardowym skoku w pozycji płaskiej, czyli brzuchem do ziemi, swobodne spadanie trwa mniej więcej 50–60 sekund.
W tandemie instruktorzy otwierają spadochron trochę wyżej, więc swobodnego spadania jest mniej, ale więcej czasu spędza się na locie na czaszy.
W przypadku samodzielnego skoku możemy mówić mniej więcej o minucie swobodnego spadania, a potem dochodzi jeszcze kilka minut lotu na spadochronie. To zależy od jego wielkości i od tego, jak ktoś lata.

Katarzyna Kozioł: Czyli sam skok zaczyna się właściwie jeszcze zanim człowiek wsiądzie do samolotu.

Michał Sawicki: Zdecydowanie. Skok zaczyna się na ziemi.
Najpierw musimy mieć odpowiednie nastawienie i świadomość tego, na co się decydujemy. Sprawdzamy warunki pogodowe i własny stan. Czy czuję się dobrze? Czy warunki są dla mnie odpowiednie? Czy wiatr i jego porywy nie są zbyt mocne? Czy będę w stanie bezpiecznie dolecieć i wylądować?
Student ma instruktora, który pomaga mu to ocenić. Samodzielny skoczek musi również umieć dokonać takiej samooceny.
Potem sprawdzamy sprzęt. Włączamy automat, upewniamy się, że jest włączony. Sprawdzamy zawleczkę. Kontrolujemy wysokościomierz, baterię, wysokościomierz akustyczny, jeżeli ktoś z niego korzysta.
Rozmawiamy z kolegami. Czy lecę sam? Czy w grupie? Jak ma wyglądać skok? W którym kierunku będzie leciał samolot podczas zrzutu? Jaki jest wiatr?
Trzeba sobie zaplanować lądowanie. Nie może być tak, że ktoś ustawi się pod wiatr, wiatr okaże się zbyt mocny, skoczek zacznie wisieć w miejscu i zamiast nad pasem zieleni znajdzie się nad hangarem.
W spadochroniarstwie planowanie i przewidywalność są właśnie tym, co pozwala ograniczać ryzyko.

Katarzyna Kozioł: A potem?

Michał Sawicki: Wsiadamy do samolotu i lecimy na określoną wysokość.
Piilot informuje nas, że jesteśmy na prostej do zrzutu. Otwieramy drzwi, obserwujemy miejsce, w którym będziemy wyskakiwać. Sprawdzamy, czy wszystko jest na właściwym kursie, czy pod nami nie ma żadnego szybowca albo innego statku powietrznego.
Czekamy na sygnał. Znajdujemy się nad wyznaczonym punktem, ustawiamy się w progu.
Ready, set, go.
I wtedy zaczyna się zupełnie nowy świat.

Katarzyna Kozioł: Można więc po prostu przyjść na lotnisko i powiedzieć: „Chcę skoczyć”?

Michał Sawicki: Można tak powiedzieć. Tylko najpierw skierujemy taką osobę na szkolenie.
Nie można z marszu wskoczyć do samolotu i skoczyć samodzielnie. Trzeba się nauczyć, jak to robić.
Katarzyna Kozioł: Jak długo trwa takie szkolenie?

Michał Sawicki: Mamy dwa podstawowe typy szkoleń. Jest Static Line, czyli szkolenie na linę desantową, oraz AFF - czyli przyspieszone spadanie.
W przypadku Static Line część teoretyczna zajmuje mniej więcej jeden dzień, około ośmiu godzin. To nie jest tylko siedzenie i słuchanie teorii. Omawiamy sytuacje niebezpieczne, ćwiczymy na ziemi odpowiednią pozycję, zapoznajemy się z samolotem.
Bardzo ważnym elementem jest ćwiczenie w uprzęży spadochronowej. Osoba jest podwieszona, zakładamy cały sprzęt i ćwiczymy procedury awaryjne tak, jakbyśmy byli w realnym skoku. Chodzi o to, żeby sprawdzić, czy przyszły skoczek potrafi znaleźć odpowiednie uchwyty i wykonać procedurę, która ma go uratować w sytuacji realnego zagrożenia.

Katarzyna Kozioł: A AFF?

Michał Sawicki: AFF, czyli Accelerated Free Fall, to bardziej rozbudowane szkolenie. Teoria trwa dłużej, realne jest przeznaczenie na nią całego weekendu.
W Static Line skaczemy z niższego pułapu, około 1200–1500 metrów, a lina desantowa powoduje natychmiastowe otwarcie spadochronu po wyskoku studenta.
W AFF lecimy na około 4000 metrów. Wyskakujemy z dwoma instruktorami, którzy trzymają studenta za uprząż. To jednak student musi dać sygnał, że jest gotowy.
Ready, set, go.
Instruktorzy lecą obok, ale cały czas kontrolują studenta. On natomiast wykonuje konkretne zadania. Musi odpowiednio ułożyć nogi, poprawić sylwetkę, sprawdzić wysokość na wysokościomierzu i reagować na komunikaty.
Instruktorzy towarzyszą mu aż do otwarcia spadochronu.


spadochroniarz

Katarzyna Kozioł: A potem student zostaje sam?

Michał Sawicki: Sam w powietrzu, ale nie bez pomocy. Ma radio w kasku i instruktor z ziemi prowadzi go do lądowania.
Może powiedzieć: „Niebieska czasza, jeżeli mnie słyszysz, wykonaj zakręt 90 stopni w lewo”. Student wykonuje polecenie. Instruktor obserwuje z ziemi, czy wszystko przebiegło prawidłowo.
Później może dostać kolejne zadanie: określony kierunek, kolejny zakręt, ustawienie się do lądowania.
Kiedy student jest już na prostej, instruktor mówi: „Ręce do góry, trzymaj... czekaj... hamuj, hamuj hamuj”.
I sprowadzamy go bezpiecznie na ziemię.

Katarzyna Kozioł: To drogi sport?

Michał Sawicki: Tak, nie będę owijał w bawełnę. To jest drogi sport.
Samo szkolenie Static Line, czyli teoria i trzy skoki, kosztuje około 1500 złotych.

Katarzyna Kozioł: To jeszcze nie brzmi tragicznie. Kurs prawa jazdy potrafi kosztować więcej.

Michał Sawicki: Właśnie. Dlatego warto zacząć od takiego szkolenia i zobaczyć, czy rzeczywiście chcemy to robić.
AFF to już koszt przekraczający 5000 złotych. Jeżeli ktoś nie zaliczy któregoś zadania i będzie musiał powtórzyć skok, koszt oczywiście rośnie.
Sam pojedynczy skok z wysokości 4000 metrów to średnio około 150 złotych, chociaż stawki mogą być różne dla członków aeroklubu, osób pracujących w tym sporcie czy wykonujących skoki komercyjne.
Największą inwestycją jest jednak sprzęt.

Katarzyna Kozioł: Ile trzeba wydać na sprzęt?

Michał Sawicki: Kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych, jeśli mówimy o topowym, fabrycznie nowym sprzęcie. Dlatego początkującemu skoczkowi nie polecałbym kupowania od razu całego zestawu.
Po pierwsze, wraz z doświadczeniem zmienia się powierzchnia spadochronu. Na początku lata się na większych czaszach szkolnych, a później można dobrać sprzęt do swoich umiejętności, stylu i preferencji.
Po drugie, dobrze najpierw sprawdzić, czy ten sport rzeczywiście jest dla nas. Można skończyć szkolenie, zrobić 5–10 skoków, być zachwyconym, a potem przychodzi zima, przerwa i okazuje się, że jednak nie chcemy tego kontynuować.
Wydanie kilkunastu czy więcej tysięcy złotych na początku może więc być niepotrzebnym ryzykiem finansowym.
Nie trzeba też kupować wszystkiego od razu. Na początek warto mieć własny kask i wysokościomierz.
Można też kupić sprzęt używany, który jest znacznie tańszy. Tylko tutaj trzeba mieć wsparcie doświadczonych skoczków i mechanika spadochronowego, który oceni jego stan.

Katarzyna Kozioł: Bo taki sprzęt trzeba regularnie serwisować.

Michał Sawicki: Dokładnie. Szczególnie spadochron zapasowy.
Co pół roku trzeba zgłosić się z nim do riggera, czyli mechanika spadochronowego. Otwiera on spadochron, rozkłada go, sprawdza jego stan, ponownie pakuje, zamyka i plombuje. Na plombie znajduje się numer jego licencji.
Rigger bierze odpowiedzialność za to, że sprzęt został prawidłowo ułożony i jest sprawny.

Katarzyna Kozioł: Co jest trudniejsze: skok czy składanie spadochronu?

Michał Sawicki: To bardzo dobre pytanie. I nietypowe, bo chyba jeszcze nikt mnie o to nie pytał.
Technicznie składanie spadochronu jest dość prostą czynnością. Nie wymaga takiego zaangażowania mentalnego jak sam skok.
Ale daje dodatkową dawkę emocji, kiedy samemu złożyło się swój sprzęt. Człowiek zaczyna myśleć: „Czy on się poprawnie otworzy? Czy zrobiłem wszystko dobrze? Czy będę miał awarię? Czy to będzie ten pierwszy skok, kiedy będę musiał ratować się spadochronem zapasowym?”.
Pierwsze skoki na własnoręcznie ułożonym sprzęcie potrafią więc dostarczyć dodatkowych emocji.


spadochroniarz

Katarzyna Kozioł: Ile trwa samo składanie?

Michał Sawicki: Doświadczony układacz bez problemu złoży spadochron w mniej niż 10 minut.
Osoba początkująca, większa czasza albo nowa, śliska czasza może potrzebować trochę więcej czasu. Średnio można przyjąć około 10–12 minut.

Katarzyna Kozioł: No dobrze. Przejdźmy do pytania, które chyba każdy człowiek niezwiązany ze spadochroniarstwem zadaje jako pierwsze: co, jeśli spadochron się nie otworzy?

Michał Sawicki: Jak się nie otworzy, to mam drugi.
A jeśli drugi się nie otworzy, mam całe życie, żeby się zastanowić, co zrobię dalej.

Katarzyna Kozioł: Czyli jednak masz odpowiedź przygotowaną.

Michał Sawicki: To jedno z najczęściej zadawanych pytań.
A już poważnie: sytuacja, w której spadochron główny nie otwiera się prawidłowo, jest rzadka. Ale właśnie dlatego w plecaku nie mamy jednego spadochronu. Mamy dwa: główny i zapasowy.
Główny wykorzystujemy podczas normalnych skoków. Otwieramy go, lecimy, lądujemy, składamy i znowu wykorzystujemy przy kolejnym skoku.
Jeżeli wystąpi awaria, na przykład splątanie linek, tak zwany twist, albo spadochron zacznie nurkować i nie jesteśmy w stanie odzyskać nad nim kontroli, wykonujemy procedurę awaryjną.
Odczepiamy spadochron główny. Jest odpowiedni uchwyt pod taśmą piersiową. Mówiąc bardzo potocznie: żegnamy się ze spadochronem głównym.
A potem otwieramy spadochron zapasowy.

Katarzyna Kozioł: I tu pojawia się jeszcze RSL?

Michał Sawicki: Tak. RSL, czyli Reserve Static Line, to dodatkowy system bezpieczeństwa, który pomaga w otwarciu spadochronu zapasowego po odczepieniu głównego.
Może się więc zdarzyć, że zanim skoczek zdąży sam wyciągnąć uchwyt otwarcia zapasu, RSL już uruchomi procedurę i spadochron zapasowy będzie się otwierał.

Katarzyna Kozioł: A „automat”?

Michał Sawicki: To kolejne zabezpieczenie. Automat, czyli urządzenie automatycznej aktywacji, monitoruje wysokość i prędkość opadania. Jeżeli uzna, że skoczek znajduje się zbyt nisko i spada zbyt szybko, może sam aktywować spadochron zapasowy.
To szczególnie ważne w sytuacji, kiedy skoczek straci przytomność. Wyobraźmy sobie zderzenie dwóch spadochroniarzy w powietrzu. Ktoś traci przytomność i nie jest w stanie wykonać żadnej procedury. Automat może zrobić to za niego.
Formalnie nie jest to urządzenie wymagane przepisami, ale w praktyce trudno wyobrazić sobie normalne, codzienne skoki bez niego. Chyba żadna strefa w Polsce nie pozwoliłaby na skok bez tego urządzenia.

Katarzyna Kozioł: Czyli spadochroniarstwo jest bardzo bezpieczne?

Michał Sawicki: Nadal jest sportem wysokiego ryzyka. Nie ma sensu udawać, że jest inaczej.
Kiedy jesteś w jakimś sporcie długo, trochę inaczej patrzysz na zagrożenia. Oswajasz się z nimi i jesteś bardziej świadomy. Ale wypadki się zdarzają i mogą mieć tragiczne skutki.
Wypadek Przemka był bardzo poważny, a na szczęście Przemek nadal jest z nami.
Były jednak przypadki, kiedy skoczkowie po wypadkach nie wracali do domów.
Dlatego trzeba mieć świadomość, że jest to sport ekstremalny i ryzyko podejmujemy świadomie. Możemy je jednak ograniczać. Kontrolując sprzęt, przechodząc szkolenia, ucząc się procedur i przede wszystkim znając samego siebie.
Jeżeli jestem przeziębiony, wziąłem leki, czuję się gorzej, mam spóźnione reakcje, coś jest nie tak z moją koncentracją, może nie powinienem skakać.
Czasami nawet takie zwykłe zdarzenie z życia codziennego może być sygnałem. Jedziesz samochodem i orientujesz się, że prawie nie zauważyłeś człowieka wchodzącego na przejście. Może to być sygnał, że twoja reakcja jest dzisiaj gorsza niż zwykle.
I wtedy warto odpuścić.

Katarzyna Kozioł: Czyli najtrudniejszą decyzją może być decyzja: „Dzisiaj nie skaczę”?

Michał Sawicki: Dokładnie. I chyba właśnie to jest jedna z najtrudniejszych rzeczy w tym sporcie.
Czasami trzeba powiedzieć: „Dzisiaj odpuszczam”.
To nie jest tchórzostwo. To jest odpowiedzialność za siebie i za ludzi, z którymi skaczę.

Katarzyna Kozioł: Na koniec zostało nam jeszcze coś dla osób, które nigdy nie skakały. Czy ktoś może przyjść i powiedzieć: dostałem w prezencie skok ze spadochronem. Co mam teraz zrobić?

Michał Sawicki: Jak najbardziej. Skydive Białystok regularnie organizuje skoki tandemowe. To jedna z naszych podstawowych usług.
Można wykupić skok w tandemie, czyli być przypiętym do instruktora. Można również dobrać filmowanie z zewnętrznym kamerzystą albo kamerę zamontowaną przy instruktorze, dzięki czemu mamy także nagranie z lotu na czaszy.
Ale takiej osoby również nie wrzucamy po prostu do samolotu.
Przychodzi na umówioną godzinę. Instruktor, który będzie z nią skakał lub instruktor dyżurny przeprowadzają briefing. Wyjaśniają, jak będzie wyglądał skok, jaką przyjąć sylwetkę, dopasowują uprząż i pokazują, jak będzie wyglądała współpraca podczas skoku.

Katarzyna Kozioł: Czy pasażer tandemu musi coś robić?

Michał Sawicki: Przede wszystkim prawidłowo współpracować z instruktorem.
Można się uśmiechać, machać do kamery i dobrze się bawić, ale bardzo ważna jest prawidłowa sylwetka podczas wyskoku i swobodnego spadania.
Instruktor odpowiada za nasze wspólne bezpieczeństwo. Możemy mu tę pracę ułatwić albo utrudnić. Machanie rękami i nogami w niewłaściwym momencie może utrudniać instruktorowi ustabilizowanie całej sytuacji.
Jeżeli jednak utrzymamy sylwetkę, którą wcześniej przećwiczyliśmy na ziemi, będzie to jedno z najpiękniejszych doświadczeń naszego życia.
Instruktorzy ćwiczyli różne sytuacje wielokrotnie. Poradzą sobie. Ale skoro możemy sprawić, że ich praca będzie łatwiejsza i przyjemniejsza, to warto to zrobić.


spadochroniarz

Katarzyna Kozioł: Czyli 12 września widzimy się na lotnisku.

Michał Sawicki: 12 września na lotnisku Białystok-Krywlany. Brama numer 3, przy biurze sekcji spadochronowej.
My zaczniemy prawdopodobnie około godziny 9.
Jeżeli chodzi o balon, nasi baloniarze planują start w okolicach wschodu słońca, czyli około godziny 6. Tutaj jednak zarówno godzina, jak i miejsce startu są uzależnione od pogody.
Chcielibyśmy wystartować z lotniska, ale jeżeli będzie zachodni wiatr, nie będzie to możliwe. Tuż za Dojlidami znajduje się strefa restrykcyjna EP R-134 i balon nie ma możliwości odlecenia w przeciwnym kierunku.
Wtedy punkt startu będzie trzeba przenieść dalej od Białegostoku i szukać odpowiedniego miejsca do startu i lądowania w terenie.
Dlatego dokładne informacje najlepiej śledzić na stronie i fanpage'u Skydive Białystok.

Katarzyna Kozioł: Dziękuję za rozmowę.

Link do zbiórki oraz zapisów znajdziecie w naszym KALENDARZU.

BialystokOnline objął Rumcajsowe Boogie patronatem medialnym.

Katalog firm

Katarzyna Kozioł

Katarzyna Kozioł

24@bialystokonline.pl

Przeczytaj także
Popularne dzisiaj

Masz ciekawy temat?

Wiesz, że zdarzyło się coś interesującego w Białymstoku lub okolicy? Chcesz abyśmy o czymś napisali?

Napisz do nas