POLECAMY
Myślałam, że wybieram się na historyczną ciekawostkę. Tymczasem „Nitka się plącze się…” okazała się czymś znacznie więcej. W ciągu trzech kwadransów śmiałam się, zachwycałam i z dziecięcą ciekawością próbowałam odkryć, jak to wszystko właściwie działa. A potem pozwolono nam wejść na scenę i zajrzeć tam, gdzie zwykle widzom zaglądać nie wolno.
Najpierw był humor. Lekki, inteligentny i bardzo naturalny. Kamila Łapińska (mezzosopran) i Krystian Leszczyński (baryton) nie grali komedii, ale oboje mają niewątpliwy talent komediowy. Podobnie jak lalkarze: Nina Czaja, Martyna Nguen Minh i Jakub Gujda. Dzięki temu już od pierwszych minut było wiadomo, że nie będzie to muzealna lekcja historii, ale żywa opowieść. Bo „Nitka się plącze się…” nie jest tylko spektaklem. To opowieść o samej operze marionetkowej. O jej narodzinach i o czasach, gdy taka forma dawała możliwość obcowania ze sztuką tym, których nie było stać na wielkie operowe widowiska. O tym, jak spotykały się w niej śpiew, muzyka, teatr, ruch i animacja. I o tym, że wcale nie trzeba wybierać między jednym a drugim. Paweł Chomczyk, autor scenariusza i reżyser, przyznawał, że dla niego również było to nowe doświadczenie. – Wywodzę się z teatru ożywionej formy, ale wcześniej nie pracowałem w konwencji opery lalkowej czy marionetkowej. To była dla mnie nowa przygoda, ale dzięki konfiguracji twórców bardzo profesjonalna i niezwykle owocna. Każdy dokładał do tego przedstawienia kawałek siebie – mówił. I rzeczywiście było to widać. Największe wrażenie robiła synchronizacja. Z jednej strony soliści i muzycy, z drugiej animatorzy marionetek. Wszystko połączone z niezwykłą precyzją. Ryszard Doliński, aktor Białostockiego Teatru Lalek i jeden z wielkich ambasadorów tej formy, nie ukrywał, że to wymaga ogromnej pracy. – Żywy człowiek zawsze wygra z lalką, bo ma mimikę, żywe oko i większą ekspresję. Ale da się to zrobić. Godzinami ćwiczyliśmy synchronizację. Jeśli śpiewak pomyli się albo wejdzie za późno, lalka musi zrobić dokładnie to samo. Wtedy dostaje życie – opowiadał. I właśnie to życie było na scenie widać. Nie było rywalizacji między człowiekiem a marionetką. Była współpraca. Muzycy, śpiewacy i lalki tworzyli jedność, a drewniane postaci potrafiły przekazywać emocje równie skutecznie jak żywi wykonawcy. Ryszard Doliński od lat marzył o połączeniu dwóch światów. – Pragnąłem, żeby szkoła teatralna i szkoła muzyczna dogadały się ze sobą. Żeby powstał wspólny projekt studentów animatorów, muzyków i śpiewaków. Udało się. Trzeba też wprowadzać dzieci i młodych ludzi w świat opery, żeby później wracali do teatru – podkreślał. To marzenie rzeczywiście udało się spełnić. Za projektem stoją białostockie filie Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina i Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza. Reżyserię powierzono Pawłowi Chomczykowi, plan lalkowy przygotowała Magdalena Mioduszewska, a kierownictwo muzyczne objęła Anna Krzysztofik-Buczyńska. – Mieliśmy bodaj dziewięć pełnych prób, więc wszystko działo się bardzo szybko – mówiła Magdalena Mioduszewska. – Odpowiadałam za przekazanie wizji reżysera aktorom lalkarzom. Efekty chyba wszystkich zadowoliły. A dla mnie była to przede wszystkim dobra zabawa, wyzwanie i niesamowita przygoda. Ogromne wrażenie robiła również scenografia. Osiemnastowieczna włoska scena nie była dekoracją stworzoną na potrzeby jednego przedstawienia. To rekonstrukcja sprowadzona przed laty z zagranicy przez Ryszarda Dolińskiego. Wykorzystywana wcześniej w kilku projektach Białostockiego Teatru Lalek, dziś odzyskała życie właśnie w „Marionetkowym Teatrze Dworskim”. W połowie przedstawienia widzowie mogli wejść na scenę i przyjrzeć się tej konstrukcji z bliska. Co ciekawe, animatorzy nie byli ukryci za sceną, ale znajdowali się ponad nią. Można więc było zobaczyć cały skomplikowany mechanizm, który wprawiał marionetki w ruch. Publiczność reagowała żywo. Były salwy śmiechu i spontaniczne oklaski. A po spektaklu jedna z widzek, pani Dorota, nie kryła zachwytu. – Dawno się tak dobrze nie bawiłam. Nie wiedziałam, że w Białymstoku można zobaczyć takie cudo. Przyjaciółka namówiła mnie, żeby przyjść. Miałam mnóstwo zabawnych skojarzeń, od „Shreka” po cyrk Monty Pythona. Jeśli jeszcze będzie taka możliwość, na pewno przyjdę na operę marionetkową – mówiła. Paweł Chomczyk przyznawał, że przed premierą twórcy zawsze żyją w niepewności. – Nigdy nie wiemy, jak nasze intencje skomunikują się z publicznością. Artyści są zbudowani z niepewności. Dlatego moment, w którym okazuje się, że to, co proponujemy, wywołało reakcję, jest chwilą wytchnienia – mówił. Patrząc na śmiejącą się salę, trudno było mieć wątpliwości, że ta komunikacja zadziałała. A nitka naprawdę się poplątała. Między śpiewem i ruchem. Między historią i współczesnością. Między drewnem i emocjami. I chyba właśnie dlatego zostanie ze mną na długo. Bo aktorzy, soliści i animatorzy stworzyli coś niezwykłego. Coś, czego nie da się rozplątać zaraz po wyjściu z sali. I bardzo dobrze. Białystok Online sprawował patronat medialny nad spektaklem Marionetkowego Teatru Dworskiego „Nitka się kręci się...”.
Katarzyna Kozioł
24@bialystokonline.pl
Aktualności 10:19
Kultura i Rozrywka 10:00
Praca 10:00
Kultura i Rozrywka 09:00
Sport 08:30
Kultura i Rozrywka 08:12
Biznes 08:00
Masz ciekawy temat?
Wiesz, że zdarzyło się coś interesującego w Białymstoku lub okolicy? Chcesz abyśmy o czymś napisali?
Napisz do nas
Więcej informacji