POLECAMY
Historia stara jak świat: Ona i On, spotkanie, decyzja o związku, wspólne mieszkanie. A za jego progiem - dość szybkie poczucie, że… niewiele ich łączy. Jeszcze szybciej zrozumie to ich współlokator.
Bo to właśnie on, cichy obserwator czegoś, co się kończy, zanim na dobre się zaczęło - opowiada widzom część tej historii: w Teatrze Dramatycznym, w najnowszym premierowym spektaklu opartym na sztuce Sybille Berg. Kim ów współlokator jest, nie musimy nawet ukrywać bez ryzyka spojlerowania - wszystko wyjaśnia już tytuł i parę pierwszych minut przedstawienia wyreżyserowanego przez Julię Mark - „Pies, Kobieta, Mężczyzna” (w przekładzie Karoliny Bikont). Tak, to właśnie pies jest narratorem tej opowieści, on wprosił się na salony i on historię dwojga swych opiekunów snuje. Bo i dlaczego nie - w końcu bohaterów zwierzęcych, mówiących ludzkim głosem, mamy w literaturze dostatek, nie zawsze zresztą tylko sympatycznych, ale też sarkastycznych i ironizujących. I taki też bohater pojawia się tu. Wiwisekcja Wprowadzenie na scenę perspektywy zwierzęcia, mieszkańca domu (zresztą zgodnie z literą oryginału) więc wcale nie zaskakuje. Niespodziankę sprawić natomiast może to, jak nasz psi bohater na scenie się objawia: zupełnie nagle, spektakularnie, cały na biało. Biel garnituru, światła reflektora, mikrofon - wszystko to wprowadza chwilowy zamęt i dysonans poznawczy - bo kto to w ogóle jest? Zawodowy konferansjer, stand-uper, Anioł Stróż? A może każdy po trosze? Krzysztof Ławniczak w tej roli odnajduje się interesująco, daje swej postaci wyraźne ramy, ale też i niejednoznaczność. Jego bohater, przygarnięty przez parę w dniu ich poznania, miał być ich łącznikiem, ostatecznie jednak przyjdzie mu dokonać wiwisekcji ich związku. W ten sposób spektakl staje się melanżem: emocji i chłodnej obserwacji. To, czego nie usłyszymy z ust Kobiety i Mężczyzny - dopowie ich wnikliwy towarzysz, który - „żyjąc między nimi jak przyjazny mebel” - widzi dogłębnie, co dzieje się w ich sercach i umysłach. Smutek, wszędzie smutek A dzieje się wiele. Emocjonalne dylematy, chłodne kalkulacje, rozważania. W ich środku - dwoje od dawna samotnych ludzi, wycofanych, sfrustrowanych (w tej roli Monika Zaborska i Bernard Bania). Po wcześniejszych rozczarowaniach boją się porażki i nowego związku. I chcieliby zmiany, i bronią się przed wszystkim, co zakłóciłoby ich codzienne przyzwyczajenia. Poddają się desperacji i walczą z nią, słuchając zdrowego rozsądku. I choć żadnemu z nich w zasadzie się już niczego nie chce, w końcu - próbują jednak coś zbudować. Wynajmują większe mieszkanie, zaczynają je urządzać… A jednak coś jest nie tak. Miała być radość, jednak radości brak. Miała być euforia, nastało przygnębienie. Niby nowy początek, a jednak bardziej czegoś koniec. „Cokolwiek by nie robili, wyczuwałem smutek” - opowiada współlokator. Gdy Mężczyźnie nastrój się poprawia, Kobiecie się pogarsza. Tam, gdzie ona kwitnie, on jest zmęczony. Ciągle im się coś wymyka. Co robić? Może Paryż pomoże. Czy pomógł? Minimalizm i groteska Istne pole minowe, którym stała się ta relacja, aktorzy (Monika Zaborska i Bernard Maciej Bania) starają się grać w sposób zniuansowany, bez szarżowania. I to właśnie te najbardziej powściągliwie zagrane sceny, przesycone łagodnym smutkiem, wypadają w ich wykonaniu najlepiej. Gorzej jest w chwili, gdy - najwyraźniej zgodnie z zamysłem reżyserskim - odgrywają przy akompaniamencie muzycznym sceny tanecznej ekscytacji i cielesnych uniesień. Efekt? Odwrotny do zamierzonego. To, co miało być erupcją naturalności, stało się sztuczne i groteskowe. Sporo też w spektaklu dłużyzn i przegadanych scen. Bywa, że dialogi - interesujące, gdy bardziej skondensowane - zamieniają się w łopatologiczne wywody. Niepotrzebnie. Desperackie splątanie Teatr Dramatyczny - z powodu przedłużającego się remontu - od kilku lat musi tułać się po mieście i zaprzyjaźnionych scenach. Z tego powodu twórcy spektakli zmuszeni są je tworzyć przy raczej minimalistycznej scenografii. W najnowszym spektaklu jest podobnie, ale tu akurat minimum scenografii (jej autorką, jak też kostiumów i opracowania muzycznego jest reżyserka, Julia Mark) to bardzo duży atut. Punkty ciężkości to czerwona sofa, rzeźba umieszczona na ścianie, kilka kotar, czerwone paski i nitki - którymi aktorzy albo wyznaczają - bez cienia radości - swoje nowe terytorium, albo desperacko splątują się nawzajem. Ciekawym zabiegiem inscenizacyjnym, wykorzystującym scenografię, jest także metaforyczna scena finałowa, w której jeden z bohaterów zaczyna „lepić” drugiego. Tak powstaje symboliczna ludzka rzeźba, niczym puenta historii o degradacji. Nie tylko relacji. Teatr Dramatyczny: „Pies, Kobieta, Mężczyzna”, reż. Julia Mark. Premiera - 27 marca 2026 roku.
Monika Żmijewska
24@bialystokonline.pl
Kultura i Rozrywka 16:00
Aktualności 15:40
Kulinaria 14:00
Turystyka 13:40
Aktualności 13:30
Kultura i Rozrywka 12:30
Biznes 12:00
Masz ciekawy temat?
Wiesz, że zdarzyło się coś interesującego w Białymstoku lub okolicy? Chcesz abyśmy o czymś napisali?
Napisz do nas
Więcej informacji