Wyprawa na Elbrus

2004.10.13 00:00
Wyprawa: Kaukaz, Rosja
Cel: Elbrus 5642 m n.p.m.
Termin: druga połowa lipca 2004
Uczestnicy: Łukasz Kozioł, Grzegorz Gawryluk (autor relacji)

Kliknij tutaj aby obejrzeć fotoreportaż.


Kaukaz 2004

Na wyprawę jechaliśmy z pewnym dreszczykiem i podenerwowaniem. Nie byliśmy do końca pewni co nas spotka - w końcu to jednak Rosja, ta "dzika". Nie mieliśmy jednoznacznej opinii na ten temat. Nasza wiedza, w głównej mierze bazowała na opisach wcześniejszych wypraw na Kaukaz, oraz nielicznych rozmowach z osobami, które tam były.
No właśnie. Z tych relacji wyłaniały się zupełnie inne, często sprzeczne obrazy regionu oraz samej wspinaczki na Elbrus. Były opisy fantastycznych, bardzo przyjemnych, pozbawionych jakichkolwiek kłopotów wypraw i samego wejścia na szczyt. Były też takie, w których roiło się od przestróg przed milicją, wojskiem, mafią, ludźmi - wszystkim i wszystkimi. Gdzie zdarzały się napady na turystów, kradzieże, wymuszenia i inne "atrakcje" zniechęcające do wyjazdu.
Bogaci właśnie w taką wiedzę zmierzaliśmy na naszą przygodę. Jak się miało okazać, było nam dane zasmakować wszystkich atrakcji po trochu.

Dzień I

Dworzec Centralny Warszawa. Nasza trasa kolejowa Warszawa - Terespol - Brześć - Mineralne Wody. Już tu okazało się, że są jakieś różnice pomiędzy danymi na temat rozkładu jazdy jakie mieliśmy z internetu a tymi, którymi dysponowała sympatyczna pani z okienka informacji. Pół biedy z nieścisłościami na temat pociągów do Brześcia czy Terespola, ale informacja twierdziła, że nasz pociąg z Brześcia do Mineralnych Wód dzisiaj nie kursuje. Trochę nas to zaniepokoiło, bo pociąg ten kursuje co 48 godzin, i wcale nie uśmiechało się nam aż tyle czekać. Zawierzyliśmy jednak danym pozyskanym z rosyjskich stron Żelaznych Dróg (ich PKP), które twierdziły, że dzisiaj jest.
Około 3 godzin poczekaliśmy na pociąg i pojechaliśmy do Terespola. W Terespolu byliśmy około 17. Do Brześcia mieliśmy jechać o 18:30, a z Brześcia do Mineralnych Wód odjeżdżał o 20:30.
Gdy tak siedzieliśmy w tym "wagonie" (ten sam z TVN programu "Granica"), podziwialiśmy sobie sprawność w majsterkowaniu naszych służb celnych. Pomijając to, że słońce cały czas grzało a okna się nie otwierały, ze ścian i sufitu wisiały, dosłownie poodrywane fragmenty pilśniowej konstrukcji, humory nam jednak dopisywały. Pociąg miał do przejechania góra 2500 m, ale o 18:30 wciąż stał. Ciągle trwała odprawa paszportowa. Przeszliśmy ją bez większego problemu, ale... jak się później okazało, o czym nie wiedzieliśmy, białoruski pogranicznik nie dał nam karty emigracyjnej, która była nam potrzebna na terenie Rosji. Brak tego dokumentu stał się przyczyną wielu nieprzyjemnych sytuacji i naszego stresu w dalszej części podróży.
Pociąg ruszył o 18:55. Jechał jakby mu się nie chciało, może 20 km/h? Minuty mijały. Dlaczego tak wspominam o tym czasie. A dlatego, że po przekroczeniu granicy z naszej 19:10 magicznie zrobiła się 20:10! Wysiadamy, a raczej, tak jak wszyscy, wybiegamy i gonimy do odprawy celnej, i tu zaczyna się ciśnienie bo czas nagli. Na szczęście, mimo kolejek, odprawa przeszła szybko. 20:15 wychodzimy na dworzec (bardzo ładny z resztą). Z pomocą Polaka "mrówki" biegniemy do kasy aby spytać czy jest pociąg - jest! 20:20 pytamy czy są bilety do Mineralnych Wód - jest... tylko jeden! Po szybkiej analizie sytuacji kasjerka powiedziała, że najważniejsze abyśmy weszli do pociągu, a potem to już się jakoś dogadamy z obsługą. I tak robimy. 20:25 Ja wstrzymuję kolejkę, a Łukasz biegnie wymienić baksy u cinkciarki (około 60 letnia pani z reklamówką - ale kantory też są). Wymieniliśmy 40$ i kupiliśmy bilety. Dosłownie na minutę przed odjazdem wsiadamy do pociągu i... o 20:30 jedziemy!
Tam od razu wykładamy prawadnicy o co chodzi. Fajnie, tylko okazuje się, że większość składu jedzie do Adlera, a tylko 3 czy 4 wagony do Mineralnych Wód, a my oczywiście jesteśmy nie w tej części pociągu, która nas interesuje. Szefowa powiedziała, że póki skład jedzie razem, to możemy tu zostać (a razem jedzie przez 3/4 trasy) więc postanowiliśmy pójść na ten układ i przystąpiliśmy do negocjacji finansowych. Miła dyskusja z szefem pociągu, a potem z prawadnicą, zakończyła się na sumie 50$. W sytuacji, gdzie cały przedział (kupiejny) mieliśmy do wyłącznej dyspozycji była to odpowiednia cena.

Dzień II

Ten dzień był najspokojniejszym dniem całej wyprawy. Cały czas w trasie. Co jakiś czas przystanki w większych i mniejszych miejscowościach, gdzie robiliśmy sobie zakupy spożywcze. Wszystko podane "pod nos". Gospodynie domowe w koszykach i reklamówkach na perony donosiły wszelkie specjały regionalnej kuchni.
Stacje kolejowe w zasadzie są bardzo do siebie podobne. Zadbane, odmalowane (turkus lub wiśnia), białe ościeżnice, budynki wyglądające na XIX wieczne.
Jeszcze jedna sprawa, która nam poprawiła humor. Prawadnica powiedziała, że jak będziemy dojeżdżać do Rostowa (miejsce rozłączenia składów), to nas przeprowadzi do części jadącej do Mineralnych Wód, a cała sprawa jest już dogadana z tamtejszą szefową.

Dzień III

Postój w Rostowie wypadał na godz. 14, więc za bardzo nie spieszyliśmy się z pakowaniem. Nagle, około 11, wpada do nas prawadnica, i nerwowo oświadcza, że musimy już opuścić przedział bo jest kontrola wagonów (a my jedziemy jakby na gapę). Sądziłem, iż przynajmniej zdążymy się jakoś poskładać. Jednak, jak to w Rosji bywa nie było gadki, i nawet się nie spakowałem, a już zamknięto przedział z moimi rzeczami w środku, a my mocno zdezorientowani wylądowaliśmy w innej części pociągu (płackarta - brak przedziałów, wszyscy śpią razem :), jadącej do Adlera a nie do Wód. Panował tam niesamowity ścisk i duchota. Już po 5 min doceniliśmy i bardzo zatęskniliśmy za warunkami jakie mieliśmy do tej pory. Na całe szczęście, po około 40 min całe zamieszanie minęło i wróciliśmy do naszego przedziału gdzie spokojnie się spakowaliśmy.
Około 13 przeprowadzono nas do składu na Mineralne Wody. Tam panował duży ścisk. Na nasze szczęście trafiliśmy do wagonu kupiejnego. Ja trafiłem do przedziału z jakąś rodzinką Rosyjską, a Łukasz do przedziału szefowej. Kolejne negocjacje cenowe skończyły się na 750 rublach (około 25$).
W naszym wagonie jechała trójka Polaków - oczywiście też na Elbrus. Szybko się zapoznaliśmy i nawiązaliśmy przyjazne porozumienie. Odtąd było nas pięciu.
Tuż przed Rostowem atmosfera zaczęła się zagęszczać, czego nasza grupa na początku nie czuła i nie była świadoma. Wjeżdżaliśmy bowiem w region podwyższonego ryzyka w związku z wojną na Kaukazie. W pociągu pojawili się tajniacy po cywilu, którzy wiele osób szczegółowo kontrolowali zamykając się z delikwentem w przedziale. Prawadnica, dotąd naprawdę rzeczowa i sympatyczna kobieta, stała się nerwowa i wcale nie było jej do śmiechu. Poza tym pociąg (to wszystko w czasie jazdy) kontrolowali milicjanci - każdemu sprawdzając paszporty.
I tutaj pierwszy raz pokutowaliśmy za cymbała białoruskiego celnika, a dokładnie za brak kart emigracyjnych. Gliniarze zobaczywszy, że ich nie mamy, choć tak naprawdę g.... ich to obchodziło (byli totalnie znudzeni, widać było, że chcą już skończyć swoją zmianę, w dodatku jeden z nich był na bani), zamknęli się z nami w przedziale i cynicznie wyłudzili łapówkę. Na nasze szczęście, po długich targach, zapłaciliśmy symbolicznie, bo tylko 100 rubli.
W Rostowie mieliśmy 6 godzinny postój, więc wybraliśmy się na miasto. Tam znaleźliśmy bank w którym "pamieniali my dziengi". Poza tym zjedliśmy i zrobiliśmy jakieś małe zakupy.
Generalnie, już tam, na każdym kroku widać było bardzo dużo milicji i wojska, szczególnie na dworcu. Każdy patrol miał przynajmniej dwa kałachy.
Resztę dnia spędziliśmy na rozmowach i planowaniu dalszej części wyprawy. Przy okazji okazało się, że to co my płaciliśmy w sumie za bilety i prawadnicom było i tak mniej niż wykosztowali się chłopaki, którzy jechali z opcją przez Mińsk.

Dzień IV

Do Mineralnych Wód dojechaliśmy planowo na 3:30 z minutami. Oczywiście, jak to bywa w kiepskich komediach, kiedy jechaliśmy pociągiem, gdzie nie otwierają się okna, słońce smaliło na całego. Natomiast gdy wysiadaliśmy padał deszcz.
Na dojeździe do stacji nastroje mieliśmy nietęgie. Nawzajem nakręceni opowieściami grozy jak to jest w Mineralnych Wodach, i jak tam milicja trzepie przyjezdnych.
Jak tylko wysiedliśmy, swoje usługi zaproponował nam przewoźnik, który powiedział, że zawiezie nas na miejsce łącznie z załatwieniem registracji (meldunek - obowiązkowa sprawa). Za nas pięciu chciał 100$ - i właśnie tyle planowaliśmy wydać, więc po chwili namysłu i kilku porozumiewawczych spojrzeniach zgodziliśmy się. Dodatkowo decyzję pomógł nam podjąć milicjant, który widząc, że jakoś nie ruszamy w kierunku dworca sam do nas wyszedł (taki skubaniec łachy na łapówkę!). Doszedł do nas i z zadowoleniem mówi: "szef grupy zbiera paszporty i idzie ze mną na kontrolę". Mozolnie zaczęliśmy wydobywać paszporty. Deszcz padał coraz większy. I tak: gliniarz chce ciągnąć w stronę dworca a busiarz w przeciwną (bo miał samochód od zaplecza). Wytworzyła się sytuacja na tyle niezręczna, że moknący milicjant po sprawdzeniu dwóch paszportów i stwierdzeniu "Poliaki, alpinisty" z rezygnacją machnął ręką i puścił nas. Ja z Łukaszem byliśmy szczególnie zadowoleni z tego faktu z uwagi na brak kart emigracyjnych.
Sytuacja wygląda następująco: jest coś przed czwartą rano, ciemno, pada deszcz, idziemy za jakimiś facetami o kaukaskiej urodzie za dworzec, po torach, uciekając od jadących pociągów, wsiadamy do busa z pozasłanianymi szybami, ruszamy małymi bocznymi uliczkami pełnymi głębokich kałuż, przednia szyba totalnie zaparowana, wycieraczki - opis ich działania wzbudziłby śmiech - odjazd! Uśmiechamy się do siebie, żartujemy, lecz w głębi duszy wiemy, że jesteśmy skazani na wiarę w to, że człowiek, który nas wiezie jest uczciwy. Poza tym, o dziwo, wszystko idzie zgodnie z planem.
Na nasze szczęście okazało się, że facet (dziadek około 70, ten drugi to jego syn, ale on był tylko na dworcu) był w porządku. Oczywiście nie obeszło się bez zgrzytów, na szczęście zakończonych pomyślnie. Tu dobra rada: pod żadnym pozorem nie dawajcie całej kasy od razu. Zaliczkę około 40%, a resztę dopiero po przybyciu do celu.
Po drodze trzeba było załatwić ten nieszczęsny meldunek (szczerze mówiąc, w końcu sam nie wiem czy robiłem to na komendzie czy w wojsku, facet był w mundurze wojskowym, a na posterunek milicji mi to nie wyglądało). Robiliśmy to w miejscowości Tereskol, jest to ostatnia miejscowość w dolinie Baksan. Problem polegał na tym, że ów meldunek wbija się właśnie na tą kartę emigracyjną. Obawialiśmy się kłopotów, ale miło się zaskoczyliśmy. Szczerze powiedzieliśmy, że nam takich kart nie dano. Naczelnik trochę pogadał, pokręcił, ale okazał się w porządku. Wystawił nam karty zastępcze i nie wziął za to żadnej ekstra kasy, tylko zwykłą opłatę 60 rubli. Innym też radzę, aby nie robili takich rzeczy w miastach typu Mineralne Wody, Nalczik, czy Pitagorsk, tylko szybko jechali w dolinę i spokojnie robili to tam.
Koniec końców dojechaliśmy. Na miejscu byliśmy około 13. W związku z tym, że chłopaki przeznaczyli sobie trzy tygodnie na Kaukaz założyli, iż nie będą się spieszyć. My, mając mniej czasu postanowiliśmy użyć kolejki górskiej. Nie ukrywamy, że na taką decyzję wpłynął też fakt wyjątkowo ciężkich plecaków (plecak główny 90 l plus mały 20 l plecak z żywnością). Po wypakowaniu z busa, przebraniu się w ciepłe ubrania, zarejestrowaniu się w "górskiej służbie" rozdzieliliśmy się.
Do stacji kolejki, która była początkiem szlaku, mieliśmy jeszcze jakiś 1-1,5 km do przejścia. Gdy tak szliśmy zatrzymywały się samochody, aby oznajmić nam, że kolejka nie chodzi. Nie powiem żeby ta wiadomość mnie zaskoczyła. W wielu opisach czytałem, że Rosjanie lubią znienacka remontować swoje wagoniki. Czytałem też, że za odpowiednią opłatą remont jest chwilowo zawieszany.
Rzeczywiście, w opisie było trochę prawdy. Okazało się, że kolejka faktycznie nie chodzi. Jednak tuż po naszym przyjściu, widziałem jak grupa Amerykanów wjeżdża na górę. Szybkie negocjacje z nimi nie przyniosły rezultatu. Nie zabrali nas ze sobą mimo, że w wagoniku było jeszcze miejsce. Potem to już żaden wagonik nie pojechał. Nie było nawet z kim negocjować.
Nieczynna kolejka i padający deszcz okazały się jednak nie być naszym największym problemem w tym miejscu i czasie. Sprawa, którą początkowo zbagatelizowaliśmy o mały włos nie skończyła się czymś bardzo nieprzyjemnym. Mianowicie, tuż przy stacji kolejki (spory budynek wraz infrastrukturą oraz kilkunastoma sklepikami/barami wokół) zaczepił nas jakiś gostek w dresach (czapka z paskami, kompletny dres z paskami i buty z paskami - taki facio z reklamy adidasa - twarz, zachowanie, mimika typowego cwaniaka) twierdząc, że jesteśmy na terenie Parku Narodowego, do którego za wstęp goście z zagranicy płacą 20$ od głowy. On jako strażnik parku (!) pobierze od nas opłatę. Na dowód tego z czasopisma (chyba katalog sprzętu narciarskiego) wyciąga jaką kartkę z kilkoma pieczątkami twierdząc, że jest to rozporządzenie ministra. Faceta totalnie zlekceważyliśmy. Totalna olewka. Nawet jak do nas mówił, to udawaliśmy, że go nie widzimy, odwracaliśmy się do niego plecami. Coś nawet krzyczał: "że co my sobie myślimy, co to za traktowanie!?". Facet był namolny jak mucha w upalny dzień. Chcąc, aby się od nas wreszcie odczepił wzięliśmy ten papier, obejrzeliśmy i powiedzieliśmy, że taki to sami możemy w domu zrobić, a nawet lepszy. Mówiliśmy także, że nam nikt nie mówił o dodatkowych opłatach (łącznie z wojskiem, gdzie się meldowaliśmy). Generalnie dyskusja trwała długo, padało wiele argumentów, żadna ze stron nie ustępowała.
W końcu chyba jednak odpuścił, bo znikł nam z oczu. Po godzinie chłopaki doszli do nas i znów byliśmy 5 osobowym zespołem. Od razu ich uprzedziłem, że najprawdopodobniej zaraz wyhaczy ich pewien dres i poradziłem aby go olać bo to zwykły naciągacz. Jeszcze nie skończyłem tego mówić a cwaniak już się zjawił ze swoją bajką. I wszystko zaczęło się od nowa. Tylko, że robiło się już późno, wciąż padał deszcz a my traciliśmy czas przy tej kolejce.
Postanowiliśmy wyruszyć w drogę. Dres powiedział, że nigdzie nas nie puści, a jak mu uciekniemy, to nas dogoni kolejką. Zaczęło robić się naprawdę nieprzyjemnie. Jednak ruszyliśmy. Uszliśmy zaledwie 10 m a dres zaczął się z nami szarpać. Trzymał osobę, która akurat była z przodu. Co gorsza, nagle pojawiło się dwóch pomocników "strażnika" o kaukaskiej urodzie (oczywiście w strojach podobnych do munduru szefa). Tu się już żarty skończyły. Rzutem na taśmę postanowiłem zrobić trochę zamieszania i powołać się na autorytet władzy. Zacząłem krzyczeć aby wezwano milicję! Że my nie będziemy płacić! Niech tu przyjadą i zobaczymy kim on (dres) jest!? To go zupełnie rozwścieczyło. Trzymając mnie za plecak, groźnym tonem powiedział, że on tutaj milicja a my i tak zapłacimy! Wokół było sporo ludzi i nikt nie reagował na to, co się działo. Co prawda większość, to miejscowi handlarze pamiątkami, więc nie było czemu się dziwić. Turystów już nie było. Byliśmy jakby trochę osamotnieni.
Sprawa stała się dla wszystkich jasna. Jesteśmy ofiarami wymuszenia. Dres też już nie udawał strażnika. Było jasne, że będzie trzeba płacić. Zaczęły się negocjacje. Koniec końców ustalono kwotę 10$ od osoby. Jednak ja i Adam najbardziej nie mogliśmy pogodzić się z tym, że dajemy się robić takiemu cwaniaczkowi. Padł pomysł: przetrzymamy "niedobrego człowieka" (w oryginale pada nazwa pewnego narządu u samców). Trzymaliśmy faceta prawie godzinę! Było zimno, padał deszcz, wiał wiatr - bardzo nieprzyjemna pogoda. My spokojnie sobie staliśmy, każdy zabezpieczony nieprzemakalnym sprzętem górskim, a facio nie miał gdzie się schować (he, he). Widać było, że jest przemoczony, zziębnięty i że chce już iść do domu. Co chwila tylko powtarzał do nas: "dawaj, dawaj". My na to: jeszcze chwilę, zastanawiamy się. W końcu jednak zapłaciliśmy haracz i poszliśmy w górę, a dres jak tylko wypisał ostatni kwitek wręcz pobiegł na dół.
Startowaliśmy z wysokości 2.180 m n.p.m. Szło się ciężko. Bądź co bądź, trochę postaliśmy na tym deszczu. Jednak chcieliśmy nocować jak najwyżej. Przynajmniej dojść do pierwszej stacji kolejki Old Viewpoint (3.000 m n.p.m.). Gdy już tam się wdrapaliśmy okazało się, że pomiędzy Old Viewpoint a Mirem (3.500 m n.p.m.) wagoniki pracują! W dodatku, tego dnia miał być jeszcze jeden kurs na górę i to po normalnej cenie 60 rubli (to był chyba jedyny raz, gdy zapłaciliśmy za coś normalną oficjalną cenę). Po godzinie oczekiwania, gdy zebrała się grupa ludzi pojechaliśmy. Chłopaki po przygodzie z dresem, też zrezygnowali z wchodzenia, tylko szybko chcieli znaleźć się jak najwyżej. Poza tym, było to o tyle wygodne, ponieważ nocleg wypadał już na wysokości aklimatyzacyjnej. Piechotą tego dnia byśmy się tam nie dostali. Byliśmy na nogach od drugiej rano.
Gdy dotarliśmy do Mira słońce co prawda jeszcze świeciło, ale było nisko. 3.500 m to już lodowiec. Na słońcu było jakieś 8 stopni, po zachodzie 2. Miałem mały przenośny termometr, może mało dokładny, ale zawsze dawał jakieś pojęcie jaka jest temperatura.
Postanowiliśmy nocować w środku kolejki. Było wystarczająco dużo miejsca, a brak kilku okien wcale nam nie przeszkadzał. Najważniejsze, że był dach, ściany i drewniana podłoga. W sumie tej nocy na stacji rozbiło się 5 namiotów: w głównym pomieszczeniu nasz, chłopaków i 4 osobowej ekipy z Moskwy, oraz w innej części dwa namioty 4 osobową brygadą z Polski (w tym jedna dziewczyna). Oczywiście wszyscy ze wszystkimi bardzo szybko nawiązali przyjazny kontakt i było bardzo przyjemnie.
Po rozbiciu namiotów, zjedzeniu posiłków, około 21 poszliśmy spać. I tu opis tego, jakże bogatego dnia można byłoby zakończyć. Ale nie. To jest Rosja. Tu przygoda sama cię znajduje. Około 22:30, gdy już wszyscy byli w błogim letargu po ciężkim dniu, nagle po namiotach zaczęły świecić latarki. Słyszeliśmy też rozmowy po rosyjsku i odgłosy krótkofalówek. Co się okazało. Pracownicy kolejki przyjechali nas ...(*!*), powiedzmy, wyrzucić na zewnątrz. Na nic zdały się próby negocjacji prowadzonych przez zaprzyjaźnionych Rosjan. Trzeba było opuścić stację natychmiast. W ciągu pięciu minut wszystko wynieśliśmy na zewnątrz. Po ciemku, przy padającym śniegu, bardzo silnym wietrze (!), szukaliśmy miejsca na rozbicie namiotów. Po 40 minutach jakoś skleciliśmy małe obozowisko. Na szczęście obsługa nie znalazła 2 namiotów w drugim pomieszczeniu, to przynajmniej oni się wyspali.

Dzień V

Ta noc nie należała do przyjemnych. Po pierwsze, była pierwszą na dużej wysokości. Po drugie, nie najlepiej wpłynęła na nas nocna przeprowadzka, w sytuacji gdy wygoniono nas na podwórko rozgrzanych i zaspanych. Ja osobiście bardzo ciężko zniosłem tę noc (rano przekonałem się, że nie tylko ja). Na tyle ciężko, że byłem gotów po przebudzeniu zawrócić - tak byłem zły za tyle spiętrzonych kłopotów ostatnich dni. Gdy jednak powitał nas słoneczny poranek, uświęcony gorącą kawą, optymizm i werwa zastąpiły niedawne zwątpienie. Poza tym, szczyty Elbrusa prezentowały się bardzo zachęcająco.
Plan na dzisiaj: dojść tam, gdzie damy radę. Czyli: albo do Garabashi czyli "beczek" (3.800 m n.p.m.), a jak będzie siła, to do samego Priuta (4.160 m n.p.m.). Po śniadaniu, jakie sobie zrobiliśmy wewnątrz stacji Mir, przepakowaniu około 11:15 ruszyliśmy w górę.
Co tu dużo pisać, szło się nie za łatwo. Po jakimś czasie doszedłem do beczek jako pierwszy. Tam już była ekipa Polaków (ta, która się wyspała :). Oni zamierzali wchodzić dalej do Priuta. Do beczek pogoda była ok. Słoneczko, raczej delikatny wiatr. Jednak jak patrzyłem w kierunku Priuta, to pogoda nie była za ciekawa. Widoczność 50-100 m (potem spadła do 20 m) i silny wiatr.
Gdy cała ekipa była już przy beczkach, wszyscy zgodnie i bez wahania orzekli że idziemy dalej. Podejście do Priuta było o wiele trudniejsze i zajęło nam sporo czasu (nic nie będę pisać o Amerykanach czy Koreańczykach śmigających ratrakami niczym taksówką). Wchodziliśmy wolno. Pogoda była fatalna. Wiał bardzo silny i zimny wiatr. Na tyle zimny, że wszyscy musieliśmy założyć kolejną warstwę ubrań. Poza tym, to już było ponad 4.000 metrów.
Doszliśmy około 17. Namiot rozbiliśmy, nie w ruinach Priuta (tam już nie było miejsc), ale w obozowisku nieopodal. Dobrze w sumie się stało. Miejsce to okazało się o wiele lepsze. Ukształtowanie terenu sprawiało, że było bardziej osłonięte od wiatru niż ruiny. Wiele namiotów nawet przenosiło się z ruin do nas.
Jak się okazało, skład narodowościowy obozu tworzyli w 50% Polacy, ok. 30% Rosjanie i inni. Nie zauważyłem egzotycznych nacji typu Amerykanie, Koreańczycy, Japończycy, Niemcy itp. Oni nocowali niżej w schroniskach, a atakowali górę z pomocą ratraków, którymi podjeżdżali albo do Priuta, albo pod same Skały Pastuchowa.
Resztę dnia spędziliśmy na zapoznawaniu się z innymi ekipami. Głównie rozmawialiśmy o warunkach panujących podczas ataku. Przy okazji potwierdziło się kilka informacji, np. takich, że milicja w Mineralnych Wodach wymusza suweniry, a "strażnika" Parku Narodowego, to tylko my mieliśmy "przyjemność" spotkać (!).
Oczywiście nie mogło obyć się również bez podziwiania wspaniałości Kaukazu. Pamiętając noclegi nieopodal schroniska Gouter (3.817 m n.p.m.) podczas podejścia pod Mont Blanc i rozciągające się widoki, bezwiednie dokonywałem pewnych porównań. Obydwa miejsca miały niesamowity urok. Jednak Kaukaz urzekał swoimi rozmiarami i dzikością. Z Gouter'a było jednak widać pewne elementy cywilizacji. Wypłaszczone tereny w dolinie z tysiącami światełek. Kaukaz to tylko i wyłącznie góry. Żadnych oznak cywilizacji. Jak okiem sięgnąć ośnieżone skaliste pasma z ostrymi szczytami.

Dzień VI

Mimo pewnych obaw, przede wszystkim związanych z noclegiem na tej wysokości, noc minęła nienajgorzej. Co prawda było zimno i wiał przeraźliwie mocny wiatr (jak zwykle z resztą w godzinach 22-3), jednak nasz namiot spisał się na medal (Marabut K2 Expedition). Specjalnie kupiliśmy go na tą wyprawę. Nie radzę na Elbrusa wybierać się ze sprzętem biwakowym. Ta góra jest naprawdę wymagająca. Wieją bardzo silne wiatry, a śnieg wdziera się przez każdą szczelinę.
Na ten dzień mieliśmy zaplanowane jedynie wyjście aklimatyzacyjne do Skał Pastuchowa (4.700 m n.p.m.), więc nie spieszyliśmy się ze wstawaniem. Słońce jednak nie pozwoliło nam długo poleżeć. Świeciło tak intensywnie, że nawet w namiocie musieliśmy zakładać okulary.
Po jakimś symbolicznym śniadaniu, około 11 poszliśmy się aklimatyzować. Byłem ja, Łukasz i Michał (z tej ekipy co się wyspała). Chyba zgodnie z tradycją pogoda się popsuła. Zrobiła się bardzo słaba widoczność i zaczął wiać naprawdę silny i bardzo zimny wiatr. O jego mocy niech świadczy to, że nawet miałem kłopoty z operowaniem kijkami. Szliśmy wolno. Z powodu warunków atmosferycznych oraz tego, aby lepiej się zaaklimatyzować. Po drodze spotykaliśmy osoby wracające z góry. Tego dnia większość ataków nie powiodła się. Ludzie zawracali totalnie przewiani i wyziębieni.
Dojście zajęło nam jakieś dwie godziny z hakiem. Szczerze powiedziawszy byliśmy wykończeni. W skroniach czuć było wysokość. Początkowo planowaliśmy posiedzieć na Skałach godzinkę, dla lepszej aklimatyzacji. Jednak warunki były tak dalece niekorzystne, a my wyziębieni, że szybko zdaliśmy sobie sprawę, iż nie wytrzymamy tam długo. Nie było mowy o podziwianiu widoków. Widoczność była minimalna. Skryliśmy się za specjalnymi murkami ze śniegu. Miały one ok. 60-70 cm wysokości, że praktycznie leżeliśmy na plecakach. Wypiliśmy po kilka łyków herbaty, zrobiliśmy kilka zdjęć i zaczęliśmy schodzić.
Po zejściu położyliśmy się aby trochę odpocząć. I tu zaczęły się problemy. Ja, ku mojemu zdziwieniu, już po godzinie czułem się świetnie. Łukasz natomiast jeszcze sobie spał. Chyba po trzech godzinach okazało się, że zmęczenie go nie odpuszcza. Wręcz przeciwnie. Jego stan znacznie się pogorszył. Do dolegliwości związanych z wysokością doszło przeziębienie, dreszcze i gorączka. Pod wieczór okazało się, czego początkowo nawet nie braliśmy pod uwagę, że jego stan nie pozwoli mu na atakowanie szczytu następnego dnia. Co więcej, wszystko wskazywało na to, że należałoby nawet schodzić.
Ostatecznie późnym wieczorem Łukasz podają decyzję, że nie będzie atakował szczytu. Decyzję, co do dalszych losów wyprawy pozostawił mi. Generalnie opcje były dwie: 1. atakuję szczyt bez niego, podłączając się do innej ekipy, ale to oznaczało, że Łukasz zostanie na tej wysokości jeszcze dzień, a najprawdopodobniej dwa dni - z uwagi na jego stan pomysł był ryzykowny; 2. następnego dnia schodzimy, co oznaczało rezygnację z celu wyprawy. Po namyśle, z ciężkim sercem, postanowiłem wybrać opcję drugą. Z drugiej strony, taka wyprawa jest wartą siebie i wspaniałą przygodą nawet bez zdobycia góry.
Jak się później okazało, przyczyną kłopotów Łukasza był niezaleczony katar. Po powrocie do domu ścięło go na maksa, i jeszcze tydzień leżał w łóżku nie mogąc się wyleczyć.

Dzień VII

O czwartej rano, gdy ekipy wychodziły na atak, nie spaliśmy. "Nasze chłopaki" też szykowały się do walki. Życzyliśmy im powodzenia. "Wyspana ekipa" tego dnia jeszcze nie szła (szczyt zdobyła następnego dnia).
Powitał nas piękny poranek. Czyściutkie niebo. Stan zdrowotny Łukasza był stabilny, ale na niskim poziomie. Powoli szykowaliśmy się do zejścia. Zrobiliśmy sobie jeszcze kilka zdjęć. Dużą część jedzenia i dwie pełne butle gazu zostawiliśmy "wyspanej ekipie". Spakowaliśmy się i około 11 ruszyliśmy w dół.
W porównaniu z wejściem schodziliśmy w ekspresowym tempie. Nie było większych problemów, oprócz tego, że przy stacji Mir zorientowałem się, że po drodze wypadły mi maszty od namiotu. Ta strata bardzo nas zabolała! Zejście zajęło nam jakieś 4 godziny (z Mira do Old Viewpoint kolejką). Na marginesie: "strażnik" Parku Narodowego tego dnia miał chyba wolne.
Następnie, za 50$ wynajęliśmy sobie czarną wołgę, oczywiście z czarnymi szybami, i ruszyliśmy do Mineralnych Wód, po drodze zgłaszając w "górskiej służbie" zejście z gór. Dopiero jadąc w tą stronę mogliśmy podziwiać dolinę Baksan w całej okazałości. Coś niesamowitego! Nie czułem, że jadę na dworzec, ale raczej, że jestem na jakiejś objazdowej wycieczce, gdzie główną atrakcją jest podziwianie widoków. One są niewątpliwym bonusem, takim gratisem dołączanym do wyprawy na Elbrus.
Na naszej drodze pojawił się kolejny problem. Jak pisałem wcześniej, pociąg Brześć - Mineralne Wody kursuje co dwa dni. W związku z tym, że nie schodziliśmy z gór planowo trafiliśmy w dzień, w którym pociągu nie było. Za to jasne było, że nie możemy zostać w Mineralnych Wodach na noc.
Dworzec utrzymany był w typowej stylistyce rosyjskiej - mi się podobał. Na całym terenie była masa wojska i milicji, jeszcze więcej niż w Rostowie. Co chwila kogoś kontrolowali. Każde z wejść, tak na teren dworca, jak i każdego budynku, było obstawione przez mundurowych. Zatem i my wpadliśmy w "sidła", gdy weszliśmy na salę z kasami międzynarodowymi.
Pan milicjant, pomijając to, że patrzył na nas dziwnym wzrokiem, gdy zobaczył ludzi w częściowo górskich strojach, od razu poprosił o paszporty. Następnie stwierdził z duży zdziwieniem i oburzeniem, że nie mammy kart emigracyjnych. Spytał, czy chcemy iść do aresztu? Naiwnie tłumaczyliśmy, że w czasie meldowania karty nam zabrano, a w zamian dano te kwitki z meldunkiem. To jakby go spłoszyło i zdezorientowało. Kazał nam iść kupić bilety i zaraz wracać do niego.
Przy kasie mówimy: jakikolwiek pociąg w kierunku Polski. Pani na to: jutro jest do Brześcia, ale już nie ma biletów. Jutro jest też do Mińska, ale nie ma biletów. Sytuacja się komplikowała. Widząc desperację w naszych oczach kasjerka dalej stukała w komputer. Okazało się, że tego dnia jeszcze był pociąg do Moskwy, który zahaczał o Ukrainę, a dokładnie o Charków. Wzięliśmy bez wahania, przy okazji pozbywając się wszystkich rubli (2.400 za kupiejne przedziały).
W czasie, gdy kupowaliśmy bilety, gliniarz nie ukrywał że się niecierpliwi. Patrzył na nas ze zmarszczonym czołem i pukał w swój zegarek. Wiedzieliśmy, że bez daniny się nie obejdzie. Trochę już rozluźnieni, z powodu posiadania biletów, podeszliśmy do niego. Nie będę się rozpisywał. Generalnie facet chciał kasy. Po 5 minutowej rozmowie z kilkoma zwrotami akcji skończyło się na... pouczeniu, "że następnym razem bez suwenira to nas nie puści".
Była 18. Do odjazdu mieliśmy cztery godziny z minutami. Aby się nie rzucać w oczy zaszyliśmy się w jakiejś restauracyjce na terenie dworca. Tam się przebrałem, bo do tamtej chwili byłem w długich spodniach polarowych, koszuli z golfem i długim rękawem, no i w "odpowiednich butach". Wzbudzało to pewne zainteresowanie, gdyż z Mineralnych Wód żadnych gór nie widać, poza tym temperatura w cieniu miała lekko 30 stopni.
Po dwóch godzinach przeszliśmy w kierunku peronów do szaszłykarni, gdzie w spokoju doczekaliśmy przyjazdu pociągu. Tam uraczyliśmy się przepysznym szaszłykiem z baraniny (porcje XXL, he, he) i browarkiem z beczki. Szef lokalu bez problemu wziął od nas dolary.

Dzień VIII

Najważniejszą rzeczą w tej części podróży było opuszczenie Rosji. Obawialiśmy się kłopotów z powodu braku kart emigracyjnych, które są odbierane przy wyjeździe. Na szczęście trafiliśmy na młodą celniczkę, która (tak podejrzewamy) jeszcze za bardzo nie wiedziała jak wyglądają poszczególne dokumenty i jakie są procedury. Na pytanie, gdzie są nasze karty emigracyjne, sprzedaliśmy jej tę samą bajkę co dla gliniarza na dworcu. Kupiła ją. Na tym sprawa kart się skończyła. Byliśmy już na Ukrainie.
Do Charkowa dojechaliśmy o 16 z minutami. Mają tam przepiękny dworzec. Szybka wizyta w informacji z pytaniem: coś do Polski, dzisiaj? Okazało się, że był pociąg do Berlina przez Warszawę, ale oczywiście już bez wolnych miejsc. Rzeczywiście. Próbowałem negocjować z prawadnicą, ale nic z tego nie wyszło. Na szczęście powiedziano nam, że o 22:30 jest pociąg do Kijowa, który na miejscu jest 7:15, a z Kijowa o 7:40 odjeżdża do Berlina przez Warszawę. Takie połączenie więc wybraliśmy. Było dosyć drogie (140$ za dwóch). Oczywiście kupiejny.

Dzień IX

Noc minęła migiem. Przespaliśmy całą trasę do Kijowa. Szybka przesiadka i już jesteśmy w pociągu do Warszawy.
Podróż minęła bez sensacji. Jedynie mieliśmy ubaw po przekroczeniu polskiej granicy, jak cały wagon ruszył do rozkręcania przedziałów, korytarzy, ubikacji, koszy na śmiecie i wyciągania z różnych zakamarków popakowanych w pończochy kartonów z papierosami. Jako że byliśmy jedynymi Polakami w wagonie, staliśmy bezczynnie i patrzyliśmy. Nawet obsługa wagonu bawiła się w kontrabandę.
Do Warszawy dojechaliśmy o 23:30.

Podsumowanie

Powyższy opis, mimo że dosyć obszerny, jest jednak skrótem i nie porusza wielu wątków. Przede wszystkim opisów przyrody. Nie sposób wspomnieć o mnogości gór, szczytów, zboczy, zapadlisk, przesmyków, wodospadów i innych przepięknych widoków. Nie ma tu też ludzi, których spotkaliśmy na swojej drodze (z samym Leszkiem Cichym na czele, który był w tym samym czasie w Priucie co my - widzieć takiego człowieka "przy pracy" to rzecz niecodzienna, wielce przyjemna, a niektórym może nawet zaszczytna). Wielu rozmów, które odbyliśmy, a które były bardzo cenne.
Mimo pewnego niedosytu z powodu nie zdobycia szczytu, i tak jesteśmy szalenie zadowoleni i usatysfakcjonowani tą podróżą. Zobaczyć tyle miejsc. Poczuć inna kulturę. Pojechać i przeżyć to wszystko na własnej skórze. Warto. Polecam.

Podziękowania

Podziękowania Portalowi Miejskiemu BiałystokOnline za objęcie patronatu medialnego nad wyprawą.

Podziękowania firmie Orion Sp. z o.o., dystrybutorowi napoju energetycznego Shark, za pomoc w przygotowaniu wyprawy.

Podziękowania Michałowi Kostkowskiemu (z wyspanej ekipy) za użyczenie kilku zdjęć do fotoreportażu.

Kliknij tutaj aby obejrzeć fotoreportaż.

Grzegorz Gawryluk

1470 osób online
Wersja mobilna BiałystokOnline.pl
Polityka prywatności | Polityka cookies
Copyright © 2001-2024 BiałystokOnline Sp. z o.o.
Adres redakcji: ul. Sienkiewicza 49 lok. 311, Białystok, tel. 85 746 07 39