POLECAMY
Od siedemnastu lat Up To Date Festival tworzy w Białymstoku społeczność wokół muzyki elektronicznej. O walce z algorytmami, autentyczności w czasach sztucznej inteligencji i o tym, dlaczego festiwal nie chce być „produktem”, rozmawiamy z Jędrzejem Dondziło, dyrektorem festiwalu.
Up To Date ma już 17 lat. Co jest dziś większym wyzwaniem przy organizacji takiego festiwalu: jakość programu, utrzymanie idei czy przebicie się przez algorytmy i walkę o zasięgi? Jędrzej Dondziło: Z tych kwestii, o których wspominasz, utrzymanie jakości programu nie jest problemem. Jesteśmy elastyczni, doświadczeni i przygotowani na to, by przy różnych warunkach budżetowych dowozić wysoki poziom artystyczny. Nie jesteśmy też festiwalem, który potrzebuje gigantycznych budżetów, żeby stworzyć dobry program. Nigdy nie próbowaliśmy wejść do ligi największych i najdroższych festiwali. Dziś największym wyzwaniem jest zaistnienie promocyjne. Kiedyś wystarczył dobry pomysł. Teraz to już walka z technologią i algorytmami. Wszystko kosztuje więcej, promocja wymaga znacznie większej uwagi. Jest też ogromna konkurencja, nie tylko wśród wydarzeń artystycznych, ale po prostu wśród rzeczy, które absorbują ludzi. Z każdej strony ktoś krzyczy: „chodź tutaj”, „kup to”, „weź udział w tym”. Festiwal ma jednak szczęście do bardzo oddanej publiczności i możemy na niej polegać. Ale budowanie coraz większej frekwencji to ogromne wyzwanie. I tutaj budżet ma już diametralne znaczenie. Wracając do algorytmów i sztucznej inteligencji. Tegoroczna identyfikacja wizualna festiwalu wydaje się trochę wymierzona właśnie w AI. Bo nie korzystacie z wygenerowanych grafik. Opieracie się na pracy żywych ludzi. J.D.: Tak i uważamy to za jedyną właściwą drogę. Nie jesteśmy osobami, które całkowicie potępiają sztuczną inteligencję. Uważamy raczej, że może pomagać w organizacji pracy czy usprawniać pewne procesy. Ale jeśli chodzi o kwestie artystyczne, to ducha festiwalu budują ludzie. Buduje go przekaz tworzony przez ludzi, dlatego postanowiliśmy sięgnąć po bardziej analogowe formy tworzenia identyfikacji wizualnej. W tym roku odpowiadają za nią Krzysztof Karpiński i Michał Siwak. Krzysztof jest autorem zdjęć, które Michał przemalowuje akwarelą. Na tej bazie powstała cała identyfikacja wizualna festiwalu. Skąd pomysł, żeby zaangażować właśnie tych dwóch artystów? J.D.: Krzysztof Karpiński to osoba związana z festiwalem od lat. Jest naszym głównym fotografem i ogromna część wizerunku Up To Date w internecie opiera się właśnie na jego zdjęciach. Bardzo dobrze rozumie ducha festiwalu i wie, jak go pokazać. Michał Siwak natomiast zwrócił naszą uwagę tym, że potrafi przekładać rzeczy kojarzące się z cyfrową estetyką na język malarstwa i akwareli. Bardzo mnie ujęło to, jak typowo instagramowe obrazy zaczął przedstawiać w formie malarskiej. To jest symboliczne odwrócenie obecnego trendu cyfryzacji w stronę czegoś bardziej ludzkiego, miękkiego, autentycznego. Czyli mocno wybrzmiewa tutaj hasło realnej, a nie wirtualnej rzeczywistości. J.D.: Dokładnie. Festiwal to prawdziwe spotkanie ludzi. Wspólnotowość, wspólne przeżywanie. Ludzie nadal tego potrzebują, mimo że jesteśmy przebodźcowani komunikatami i mediami społecznościowymi. Festiwale atakują nas dziś z Instagrama, ludzie uczestniczą w nich zdalnie, ale potrzebna jest głębsza refleksja nad tym, jak ważne są prawdziwe spotkania przy muzyce. Myślę, że takie doświadczenia będą coraz ważniejsze dla ludzi, którzy chcą przeżywać coś autentycznego i nie chcą alienować się od społeczeństwa. Media społecznościowe prowadzą nas momentami w bardzo ciemny zaułek, a być może właśnie kultura będzie potrafiła nas przed tym uratować. Festiwal wyrósł z miejskiej tkanki Białegostoku. Czy przez te 17 lat podejście mieszkańców do Up To Date się zmieniło? J.D.: Up To Date od początku miał bardzo dużo serdecznego i bezinteresownego wsparcia. Wielu rzeczy po prostu nie udałoby się zrobić bez ludzi, którzy pomagali nam społecznie. Możliwości naszego zespołu jako organizacji są ograniczone. Mnóstwo rzeczy powstaje tylko dlatego, że ktoś chce pomóc. Wolontariat festiwalowy to już właściwie legenda. Przewinęły się przez niego setki osób. Wiele z nich później pracowało albo nadal pracuje z nami zawodowo. To realna wartość wspólnoty wokół festiwalu. Ale z drugiej strony Up To Date nie jest już nowością. To 17 lat historii. Dlatego musimy stale docierać do młodych ludzi, którzy będą tę społeczność współtworzyć dalej. Młodych ludzi jest dziś po prostu mniej. Jest niż demograficzny, a dodatkowo coraz mniej osób chce angażować się społecznie. My jednak bardzo mocno dbamy o rozwój wolontariatu i wierzymy, że wspólne budowanie kultury ma sens. Można się przy tym wiele nauczyć i współtworzyć coś wartościowego. Przez te lata spopularyzowało się także hasło „Pozdro Techno”. Jesteś zaskoczony, że weszło do języka potocznego? J.D.: Jestem nawet trochę zawstydzony tym faktem. Nigdy nie zakładaliśmy, że zatoczy aż tak szerokie kręgi. W pewnej chwili wręcz przestaliśmy to hasło promować. Przez lata pomagało ono popularyzować nasz festiwal i idee z nim związane. W pewnym momencie zrezygnowaliśmy jednak z produkcji ubrań i gadżetów opartych na tym haśle. Sprzedawało się tego bardzo dużo, ale przestało spełniać funkcję zapraszania do kultury. Nie chcieliśmy monetyzować tego zjawiska. Zamiast tego stworzyliśmy własny sound system o nazwie Pozdro Techno Sound System, który ma symbolicznie kierować uwagę z powrotem na muzykę i wartości związane z tą kulturą. W programie festiwalu są zarówno ambientowe, kontemplacyjne formy, jak i intensywne klubowe granie. Jak buduje się line-up, który tworzy spójną opowieść? J.D.: Trzeba tym po prostu żyć. Osoby pracujące nad programem festiwalu od lat żyją tą muzyką. Nie potrzebują wielkich analiz rynku, żeby wiedzieć, co jest wartościowe i interesujące. Szukamy artystów, którzy mają coś do powiedzenia, którzy rozwijają kulturę albo już zapisali się w jej historii. Nie interesują nas „odgrzewane kotlety” ani artyści odcinający kupony od dawnej popularności. Bardzo ważny jest dla nas przebieg festiwalu i emocjonalna narracja całego wieczoru. Chcemy, żeby ludzie przeżywali coś więcej niż pojedynczy koncert. Nie chodzi o to, żeby odhaczyć artystę, nagrać filmik telefonem i biec dalej. Zależy nam na doświadczeniu, które zostanie z ludźmi na dłużej. Dużo emocji wzbudziła informacja, że tegoroczny Up To Date odbędzie się na Chorten Arenie. Wcześniej wybieraliście raczej nieoczywiste przestrzenie. Skąd ta zmiana? J.D.: To właściwie powrót do tego miejsca, bo byliśmy tam przez kilka lat. Potem publiczność zaczęła sygnalizować, że chce większego kontaktu z naturą i przenieśliśmy się do innych lokalizacji. W tym roku sytuacja była wyjątkowa. Wybraliśmy miejsce, które ostatecznie okazało się przestrzenią, w której nie da się zorganizować festiwalu. Musieliśmy bardzo szybko przyznać się do błędu i podjąć dramatyczną decyzję o przeniesieniu wydarzenia praktycznie na ostatniej prostej. Stadion bardzo nam pomógł. Mimo innych wydarzeń udało się wszystko zorganizować tak, by festiwal nie stracił na jakości ani programie. To był jeden z największych kryzysów w historii Up To Date. Ale sama przestrzeń stadionu też będzie czymś nowym. Nie działamy na płycie boiska, tylko na parkingach krytych i półotwartych. To miejsca, które bardzo dobrze pasują do charakteru tej muzyki. Nie traktujemy stadionu jako gorszego zamiennika natury. To po prostu przestrzeń o innym ładunku emocjonalnym. Czy organizator takiego festiwalu musi być trochę aktywistą? J.D.: Myślę, że zdecydowanie tak. Bez aktywizmu społecznego i kulturalnego takie wydarzenia w ogóle by nie istniały. To jest nadal kultura niszowa. Gdybyśmy zapytali przypadkowe osoby na ulicy, jakich koncertów oczekują, niewiele z nich wskazałoby właśnie taki program. Rolą kultury jest jednak także pokazywanie nowych rzeczy i przesuwanie granic. Muzyka elektroniczna jest dziś bardziej oswojona niż kiedyś. Gdy zaczynaliśmy, była dla wielu osób czymś kompletnie niezrozumiałym i obrosłym stereotypami. Dziś praktycznie każdy wie, czym jest techno czy muzyka elektroniczna. Ale nie mamy złudzeń. Nigdy nie będzie to najbardziej popularne zjawisko kultury masowej i nie o to nam chodzi. Po tylu latach organizacji festiwalu dominuje jeszcze ekscytacja czy bardziej odpowiedzialność? J.D.: Ekscytacji jest nadal bardzo dużo. Każda nowa edycja to kreatywne wyzwanie. Ale odpowiedzialność stale rośnie. Chodzi nie tylko o samo utrzymanie festiwalu, ale też o wpływ, jaki ma się na ludzi i otoczenie. Staramy się być odpowiedzialnym festiwalem. Dlatego, kiedy pojawiły się informacje dotyczące Parku Lubomirskich, nie było miejsca na inne decyzje. Od lat staramy się mówić o ważnych sprawach społecznych, integrować pokolenia czy edukować w zakresie zdrowia psychicznego. Zaczynaliśmy od prostych akcji społecznych, dziś czujemy większą odpowiedzialność za to, żeby wykorzystywać swoją pozycję do robienia dobrych rzeczy. Up To Date jest bardziej wspólnotą niż produktem? J.D.: Zdecydowanie. Samo słowo „produkt” budzi mój sprzeciw. Produkt zakłada kalkulację, monetyzację i generowanie zysków. My, jak wiele instytucji kultury, nie jesteśmy w stanie utrzymać się wyłącznie ze sprzedaży biletów. Nawet gdybyśmy sprzedali wszystkie wejściówki, nadal brakowałoby około 70 procent budżetu. Nie chcemy generować zysków. Chcemy generować dobry wpływ. Jak chronić autentyczność po tylu latach? J.D.: Trzymając się wartości i nie idąc na skróty. Tych pokus było po drodze dużo. Zarówno przy haśle „Pozdro Techno”, jak i przy różnych decyzjach organizacyjnych. Najważniejsze jest dbanie o relacje międzyludzkie i pamiętanie, po co ten festiwal w ogóle powstał. Zależy nam też na regionie i mieście. Większość trzonu organizacyjnego pochodzi stąd. To ludzie, którzy mogliby pracować w świetnie opłacanych zawodach w innych miastach, ale zostali tutaj, bo wierzą w sens tego, co robią. Co uczestnicy wynoszą z festiwalu poza muzyką? J.D.: Myślę, że dużo nadziei, radości i poczucia, że warto być razem. Ludzie widzą, że nie są sami, że istnieją inni, którzy myślą i czują podobnie. Ja sam po festiwalu jestem fizycznie kompletnie wyczerpany, ale jednocześnie naładowany energią ludzi i wspólnoty, która się tam tworzy. To daje ogromną siłę. Czy właśnie dlatego wracasz do organizacji festiwalu każdego roku? J.D.: Między innymi tak. To jeden z głównych powodów. Wiem, że jest dla kogo to robić i że ludzie to doceniają. To doświadczenie wzbogaca też mnie samego. Dlaczego warto przyjść w tym roku? J.D.: Bo coraz trudniej znaleźć wydarzenia, które łączą dobrą zabawę z głębszym przekazem i autentycznym poczuciem wspólnoty. Wiele imprez mówi dziś o wspólnocie, ale niewiele naprawdę coś w tym kierunku robi. Tymczasem kultura muzyki elektronicznej od początku wyrastała właśnie z budowania społeczności. Mamy też program, który jest jednocześnie ambitny i przystępny. To nie jest hermetyczny festiwal dla wąskiej grupy ludzi. Każdy jest mile widziany. Osoby po 50. roku życia mogą bezpłatnie uczestniczyć w głównej części wydarzenia. Robimy to po to, żeby odczarowywać tę kulturę i zapraszać do niej nowych ludzi. I chyba właśnie to tworzy wyjątkową atmosferę tego miejsca. Ludzie mogą być razem, dobrze się bawić i przeżywać coś autentycznego bez konfliktów i podziałów. Dziękuję za rozmowę. J.D.: Dziękuję i zapraszam na festiwal. Więcej o Festiwalu Up To Date TUTAJ.
Katarzyna Kozioł
24@bialystokonline.pl
Zdrowie 10:10
Kultura i Rozrywka 09:31
Kultura i Rozrywka 08:10
Biznes 08:00
Zdrowie 08:00
Aktualności 08:00
Aktualności 2026.05.25 18:00
Masz ciekawy temat?
Wiesz, że zdarzyło się coś interesującego w Białymstoku lub okolicy? Chcesz abyśmy o czymś napisali?
Napisz do nas
Więcej informacji